RSS
piątek, 27 kwietnia 2012
Zderzenie z duchem Szwecji (1)

Kwiecień w Sztokholmie przypomina marzec w czeskiej Pradze. Każde 200 –300 km na południe daje możliwość spotkania kolejnej fazy wiosny. Wszędzie jednak rozkwit przyrody budzi podobny entuzjazm. W stolicy Szwecji ludzie tłumniej wylegli na ulice, siadają na ławce czy na murku i wystawiają twarze do słońca, nawet gdy oczy przywykłe do zimowych mroków kryją za ciemnymi okularami. Restauratorzy i właściciele pubów wystawiają stoliki i krzesełka na zewnątrz, a ponieważ obok słońca, wyższej temperatury i dłuższego dnia nadal pojawiają się chłody, dorzucają do tego koce. Przy niektórych lokalach werandki dla klientów są dodatkowo docieplane, z góry, gdzie wiszą lampy emitujące światło i ciepło – dzięki nim można na werandach siedzieć do późna.

 

Znów udało mi się wygospodarować pół dnia na chodzenie po mieście przed obowiązkami zawodowymi. Śledź smarzony i piwo – tej smakowitej specjalności szwedzkiej na próżno szukać na polskim Wybrzeżu. Kwintesencją doświadczenia wiosny w Sztokholmie była wizyta w górującym nad miastem kościele św. Katarzyny. Szedłem tam trochę na „czuja”. W pewnym momencie u kresu uliczki widzę charakterystyczną bramę, a za nią park i lśniącą w słońcu, zieloną murawę. Uwagę moją przykuła brama, która była zabytkowa – pamiętała chyba jeszcze czasy wojny szwedzko polskiej sprzed czterystu lat. Kontrastowała z parkiem, bo ten był skąpany w słońcu, radosny, ze świeżutką zielenią, a brama była wiekowa, posępna w swym kształcie, okryta cieniami i półcieniami. Chciałem ją co prędzej przekroczyć, by wejść w świat wiosny, ale nim do tego doszło jeszcze patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany. Gdy idąc do przodu nie spuszczałem z niej oka nagle wydawało mi się, że słyszę gdzieś w sobie jęk, jakby dobiegający z oddali lament przeszłych wieków. „Czas naszego życia minął! Z dnia na dzień odchodzi w coraz dalszą przeszłość! Nasze szczątki tracą kształty i coraz bardziej zmieniają się w popiół! Ty, którego czas bycia na ziemi jeszcze trwa, ciesz się życiem, światłem! Żyj w świetle! Nieś w sobie życie!” Ach, co za wrażenie! Brr, aż się wzdrygnąłem. Z ulgą przekroczyłem bramę i wszedłem do wiosennego parku, w centrum którego stał kościół św. Katarzyny. Dopiero po dobrych paru krokach zorientowałem się, że idę nie przez zwyczajny park. Wprawdzie młoda trawka, drzewa, ławeczki (na jednej z nich para zakochanych wymieniała całusy), ale to… cmentarz. Tak wygląda współczesny, szwedzki cmentarz. Bardziej przypomina park, bo tablice i znaki upamiętniające tych co odeszli są skromne i znajdują się w drugim planie – za krzaczkami, zieloną murawą

 

Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że to wrażenie jakie wywołała we mnie wiekowa brama było efektem nieświadomego zderzenia się z duchem tego miejsca, kryjącego pozostałości przeszłych pokoleń. „Niech światłość wiekuista im świeci. Niech odpoczywają w pokoju” – westchnąłem w św. Katarzynie. Sam ten kościół jest zarazem miejscem kultury i ekumenicznej modlitwy, miejscem przyjaznym dla gości, czy to nastawionych na zwiedzanie czy szukających zakątka do chwili wyciszenia i modlitwy.

 

Przyroda i ekumeniczna otwartość (2)

Wystarczy jeden dzień pobytu w Sztokholmie, by zauważyć szwedzką troskę o środowisko naturalne. Jest imponująca i zaraźliwa. Na przyjezdnym robi wrażenie i się mu udziela, zwłaszcza gdy przebywa w Szwecji dłużej. Ulice czyste, chodniki czyste, bo każdy Szwed jest nauczony, by wszelkie śmieci i odpadki wyrzucać do odpowiednich pojemników – osobno szkło, metale, plastiki, papier. Woda czysta – można pić prosto z rzeki bez przegotowania. W środku miasta można łowić pstrągi. Ta pasja dbałości o przyrodę działa jak... afrodyzjak. Przebywając wśród ludzi nią ogarniętych i w wytworzonym przez nich środowisku człowiek czuje się jakoś ożywiony, pobudzony.

Cały transport publiczny używa biopaliw produkowanych w wyniku przetwarzania odpadków biologicznych. Przeloty samolotowe są „zielone” (green flight), co oznacza, że piloci stosują taką technikę prowadzenia statków powietrznych, która pozwala zużywać możliwie mało paliwa i emitować możliwie mało hałasu.

 

Szwecja odpadami stoi!” – stwierdził Jan, Szwed, którego następnego dnia zapytałem o to, co się w Szwecji robi z odpadami. Odpady nie są nikomu niepotrzebnymi, kłopotliwymi śmiećmi! Przeciwnie – są skrzętnie wykorzystywane. W związku z tym składowiska odpadów zostały w tym kraju zredukowane niemal do zera. Przecież wszystko można wykorzystać czy to przez uzyskanie surowców wtórnych (recykling) czy też przez spalanie itd. Z kolei spalarnia odpadów to złożona przetwórnia, która dostarcza ciepła i energii, a przy tym emituje mniej szkodliwych substancji niż jeden palacz papierosów. Niewiarygodne… A jednak – mogłem się o tym naocznie przekonać w Malmoe, podczas wizyty w miejscowej spalarni śmieci.

 

Co za dobrze pomyślany system – oddaję posegregowane śmieci i płacę za ich odbiór relatywnie niedużo (mniej niż w Polsce, gdzie koszt odbioru śmieci rośnie), a samorząd odbiera odpady i zarabia na ich wykorzystaniu (odzysk surowców wtórnych, produkcja biopaliw, nawozów naturalnych, ciepła, energii itd.). No tak, ale Szwedzi zaczęli budować ten system prawie 40 lat temu! A w Polsce dopiero teraz powoli wstępujemy w ich ślady. Dziś gdy budujemy dopiero fundamenty gospodarki ekologicznej, Szwedzi wprowadzają już zaawansowane innowacje, np. budują energooszczędne, ekologiczne osiedla. Przyjemnie jest pochodzić sobie po Sztokholmie i Malmoe, gdzie jest dużo wypielęgnowanej z pietyzmem zieleni, przepiękne parki miejskie, a wiosna dodatkowo eksponuje każdy zadbany skwerek…

 

Na jednej z ulic stanąłem zaskoczony dziełem nieznanego artysty, który wkomponował wizerunek Benedykta XVI w ścianę budynku przeznaczonego do rozbiórki. Papież wyglądał kuriozalnie – jak więzień, który zza krat uśmiecha się do swoich bliskich. Podczas kilkudniowej wizyty w Szwecji zetknąłem się zarówno z objawami niechęci do katolicyzmu jak i z ekumenicznym traktowaniem go jako jednego z nurtów współczesnego chrześcijaństwa.

 

W Polsce byłoby to nie do pomyślenia, by w świątyni luterańskiej znaleźć znaki katolickiej czci dla Matki Bożej i Świętych. Jedni i drudzy modlą się osobno, a jedynie w tygodniu ekumenicznym przekraczają granice swoich odrębności. W Szwecji, w której wyznawanie wiary, udział w nabożeństwach to praktyki coraz bardziej marginalne łatwiej katolikom i luteranom wyjść poza opłotki swoich konfesji i solidarnie wyznawać wiarę, np. przez wspólną modlitwę w tych samych świątyniach.

 

piątek, 23 marca 2012
Wiosna w Pradze

Jeszcze wielkopostna szarość, ale w Pradze czeskiej widać już wiosnę, słychać i czuć o wiele bardziej, niż w W–wie. Mogłem się o tym przekonać, bo między obowiązkami zawodowymi znalazłem 5 godz. wolnego czasu i to w samym środku dnia. Ruszyłem więc pieszo na praską Starówkę, a tam ruch cudzoziemców, jak u nas w wakacje – indywidualni turyści, grupki i grupy wśród których najwięcej wycieczek szkolnych. Potem, wieczorem musiałem przyznać rację koledze ze Słowacji, który w Pradze się wychowywał, a teraz twierdzi, że stolica Czech to dziś bardziej międzynarodowe miasto niż czeskie. Czeska stolica jest nie dość czeska. Wyraża się to choćby w trudności znalezienia jadłodajni oferującej czysto lokalne produkty, bo kebaby, pizze, mcdonaldy, czy chińszczyzna są o wiele łatwiej dostępne. Mnie się jednak udało znaleźć miejsce, gdzie serwują knedliczki i to w szerokim wyborze: bromowe, huskove, watrowe…


Zupa czosnkowa (jezuicki sen), knedliki oblane sosem z duszonego schabu, plaster mięsa i warzywa, a do tego kufel schłodzonego, czeskiego piwa – to był zastrzyk czystej energii na całe popołudnie. Dodatkowo uskrzydliła mnie atmosfera lokalu położonego na poziomie –1, niedaleko Mostu Karola po drugiej strony Wełtawy niż Starówka z rynkiem. Był to klimat czeskiego obiadu roboczego. Byłem wyjątkiem wśród gości, bo przy obiedzie siedziałem sam, a inni w mniejszych czy większych grupach i przy posiłku prowadzili ożywioną rozmowę w języku, który w moim odczuciu brzmi wesoło i fantazyjnie. Po obiedzie w dobrym tempie pomaszerowałem w górę, na Hradczany. Tym razem nie zatrzymywałem się długo przy pałacu prezydenckim i katedrze tylko dalej podążyłem w stronę Strachova. Po 3 kwadransach niespiesznego marszu znalazłem się w środku zalesionej „głowy”, która góruje nad Hradczanami.


Przez wciąż nagie drzewa patrzyłem z góry na Hradczany i całą Pragę. W pejzażu wyróżniała się bryła katedry św. Wacława. „Dlaczego aż 70 proc. Czechów to ateiści, niewierzący i agnostycy?” – zastanawiałem się. Katolicy są w Czechach największą wspólnotą religijną. Do Kościoła przyznaje się ok. 10 proc. Czechów, czyli nieco ponad 1 mln osób. Schodząc na Hradczany mijałem klasztory poprzemieniane na restauracje, np. były klasztor dominikanów to dziś „velka klasterni restaurace”. Jednak większość obiektów historycznie kościelnych żyje i budzi jak najlepsze wrażenia, np. tradycyjne, kredą wykonane oznaczenie drzwi kościoła loretańskiego literami K+M+B było artystycznym mini dziełem z wpisanym w nie symbolem maryjnym (M) uwieńczonym krzyżykiem.


Z Hradczan na Stare Miasto przeszedłem mostem Manesuv. Wkrótce znów byłem na rynku, gdzie wypiłem grzane wino do gratisowego kawałka drożdżowego ciasta. Przy zagadkowym pomniku (czeskiego nie znam więc nie zaglądając do przewodnika trudno rozszyfrować o co choidzi), który znajduje się na centralnym miejscu rynku Starego Miasta spotkałem parę starszych ludzi. Wydawało mi się, że mówią po polsku.

Co wyobraża ten pomnik? – zapytałem.

Okazało się, że trafiłem na byłych dyplomatów czeskich, którzy przez długie lata pracowali na placówce w Warszawie. Z Polski powrócili do Czech jeszcze pod koniec lat 80.tych. Mówili swobodnie po polsku, choć z wyraźnym akcentem czeskim.

To jest pomnik rewolucji husyckiej z XV wieku. Oddaje czeską historię i czeski charakter. Husyci o całe stulecie wyprzedzili protestantyzm. Domagali się reform Kościoła, które w końcu po wiekach w pełni zostały zrealizowane. Jednak za życia, z racji swoich poglądów, znosili prześladowania. Ilu z nich na tym rynku zginęło na stosie, na szafocie? Ich następcy również byli traktowani ogniem i mieczem. Katolicy odmówili im prawa do wyznawania wiary zgodnej z sumieniem. Przez wieki katoliccy Habsburgowie ciemiężyli cały naród – mówił z pasją. – Jak można dziś w tym miejscu męczeństwa stawiać mariacką kolumnę? – zapytał wzburzony i wytłumaczył mi, że katoliccy radni Pragi wnioskują o zbudowaniu na staromiejskim rynku kolumny poświęconej Matce Bożej.

Słuchając go znalazłem odpowiedź na pytanie dlaczego większość Czechów to niewierzący. Dyplomaci pytali się o współczesną Warszawę.

Szykuje się na Euro 2012 – odpowiedziałem i wspomniałem o miejskich inwestycjach.

Szkoda, że Czechy zagrają mecz z Polakami w bliskim Wrocławiu a nie w Warszawie. Tam byśmy się chyba wybrali – uśmiechnął się mój rozmówca.

Po zakończeniu rozmowy przeszedłem się do husyckiego kościoła św. Mikołaja na Malej Stranie przy staromiejskim rynku. Bokiem głównej nawy jest on przyklejony do okazałej kamienicy, a główne wejście też jest z boku. Trudno gdziekolwiek znaleźć drugi tak zaprojektowany kościół. U św. Mikołaja natknąłem się na wystawę oddającą historię husytyzmu. Z grafik i czeskich opisów złapałem najważniejszy przekaz.

„Brak wiary Czechów to pokłosie trudnej historii. W trakcie wiekówt Czesi wiele wycierpieli od katolików…” – wnioskowałem.

Wieczorem służbową kolację poprzedziła godzinna wycieczka po Pradze pod przewodem przewodniczki Ewy. Ta sympatyczna trzydziestolatka w trakcie odpowiedzi na dodatkowe pytania o Pragę m.in. wyznała, że instytucja małżeństwa przeżywa w tym mieście ogromny kryzys. „Wśród młodych ludzi do 40. roku życia zdecydowanie dominują single lub pary żyjące w konkubinacie. Bardzo trudno znaleźć tu partnera na wspólne życie”. Gdy to powiedziała odniosłem wrażenie, że mówi trochę o sobie. Popatrzyłem na nią uważniej i wydawało mi się, że ma dużą determinację, by takiej osoby szukać i ją znaleźć.

 

wtorek, 21 lutego 2012
straszny Smog Wawelski

Fajnie jest wpaść do Krakowa. Przekonałem się o tym słuchając relacji jednego z kolegów, który spędził tam ostatni w karnawale weekend.

Atrakcji jest co niemiara, aż szkoda po dwóch dniach wyjeżdżać. Tylko w nosie cały czas się kręci i człowiek czuje, że z powietrzem jest coś nie tak – mówił kolega. Opowiedział mi też następujący dowcip: „Co robi mieszkaniec Krakowa, gdy na kilka dni wyjeżdża za miasto? Kładzie się pod rurą wydechową, żeby przeżyć...”

Ha, ha, ha! – zaśmiałem się, ale zaraz zapytałem: „Właściwie to po co kładzie się pod rurą? Jaką znajduje tam pomoc?

Wiesz, w Krakowie króluje smog wawelski. Opuszczając jego królestwo krakowiak przeżywa za miastem szok tlenowy, który mija dopiero po kilku dniach, gdy jego płuca nieco się oczyszczą – otrzymałem odpowiedź.

To nie żarty – kultowy Kraków to miasto z bardzo zanieczyszczonym powietrzem. Średnie roczne stężenie pyłu zawieszonego w powietrzu wynosi w Krakowie 64 g/m3, podczas gdy w Katowicach 42 g/m3, we Wrocławiu 35 g/m3, w Warszawie 32 g/m3. Najczystszym powietrzem może pochwalić się Gdańsk ze średnią roczną 18 g/m3.

Obowiązujące w Polsce normy wymagają, by stężenie pyłu zawieszonego w powietrzu nie przekraczało 50 g/m3. Ewentualne przekroczenia mogą występować najwyżej przez 35 dni w roku. Tymczasem w Krakowie te normy przekraczane są przez ponad 200 dni w roku. Najgorzej jest w okresie zimowym. Wtedy stężenie szkodliwych pyłów przekracza normy nawet o 600 proc.!!!

Z oficjalnych danych Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego w Krakowie wynika, że głównym winowajcą odpowiedzialnym za to zaczadzenie jest tzw. niska emisja, czyli piece węglowe w domowych paleniskach ok. 30 tys. mieszkańców dawnej stolicy Polski. Trafia tam często niskiej jakości węgiel, a także śmieci i odpady – lakierowane drewno i futryny, ubrania, nasączone chemikaliami palety budowlane, kolorowe czasopisma i plastikowe butelki itp. Choć za palenie śmieci i odpadów w domu przepisy przewidują grzywny i kary, z więzieniem włącznie, władze Krakowa nie potrafią sobie poradzić z tym procederem. Rocznie domowe kominki w Krakowie emitują do atmosfery 762 tony pyłu, podczas gdy duże ośrodki przemysłowe i energetyczne nieco ponad 980 ton pyłu, a intensywny ruch komunikacyjny i samochodowy ok. 539 ton pyłu.

Nie bez wpływu na dramatyczną jakość krakowskiego powietrza jest położenie miasta w dolinie Wisły, na wklęsłym terenie, które sprzyja występowaniu zastoisk zimnego powietrza i cisz atmosferycznych, a jednocześnie hamuje wentylację – utrudnia działanie wiatrom, które w krakowskiej niecce tracą moc do rozpraszania szkodliwej emisji. Na dodatek zimą chłodne powietrze dociska pyły do ziemi i potęguje zanieczyszczenia.

Na drażniące działanie zanieczyszczeń najbardziej narażone są osoby z chorobami układu oddechowego i niewydolnością krążenia, a także pracujące fizycznie na powietrzu. Jednak zarówno długo jak i krótkoterminowy kontakt ze skażonym powietrzem może wywołać chorobę.

Krakowski smog zawiera węgiel, siarkę, związki azotu, wapnia, chloru oraz trujące rakotwórcze wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne i dioksyny. Dwutlenek siarki silnie podrażnia drogi oddechowe, może powodować schorzenia spojówek i skóry. Dwutlenek azotu podrażnia oczy, skórę i drogi oddechowe, wywołuje duszący kaszel, bóle głowy i przyczynia się do obniżenia odporności organizmu – głównym źródłem jego emisji jest transport samochodowy. Dioksyny uszkadzają płuca i przyczyniają się do powstawania nowotworów górnych dróg oddechowych.

Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia podkreślają, że pyły emitowane z kominów przedostają się do płuc, a następnie do krwiobiegu i stają się przyczyną chorób serca, raka płuc, astmy i ostrych infekcji układu oddechowego. Ponadto wnikają do gleby i wód powodując ich skażenie.

A więc tak… Kraków jest fajny, ale smog wawelski – straszny, zwłaszcza zimą.  

czwartek, 05 stycznia 2012
Poranne przejścia

Wczoraj rano doszło do małej scysji. Tak dobrze mi się spało, że ½ godz. zaspałem. Zofia, która szykuje dzieci do wyjścia też zaspała. Jednak pół godz. po wstaniu zasygnalizowała mi, że dzieci mogą wyjść 20 minut przed godz. 8. Oznaczało to, że dotarcie do przedszkola na czas jest możliwe. Dla mnie nie było to możliwe. Byłem spóźniony. Chyba, że ruszyłbym z domu z mokrą głową i na czczo… Stanęło więc, że dajemy dzieciom śniadanie sami i odwożę je do przedszkola na 8.30. Wiadomo, że kto się spóźni z dziećmi i przyjdzie po godz. 8 musi czekać do 8.30, aż dzieci zjedzą śniadanie, a nadzorujące je panie będą miały więcej swobody. Gdy dzieci siadają do stołu trzeba je pilnować i panie nie mają możliwości biegania pod odbiór spóźnialskich.

Dziś zerwałem się z łóżka o czasie. W tempie szykowałem się do wyjścia, ale dzieci wciąż były „w proszku” na 10 minut przed startem z domu. Czy zdążymy, czy też – tak jak wczoraj – dostawiamy dzieci do przedszkola na 8.30? – to pytanie było jak kubek zimnej wody na głowę. Zofia natychmiast przyspieszyła. W efekcie na kilka minut przed 7.40 dzieci już były gotowe do wyjścia, ale ja nagle znalazłem się w czasowym potrzasku. Nie wystarczyło mi założyć buty i kurtkę. Musiałem jeszcze zabrać ze sobą comiesięczną daninę przedszkolną w postaci dwóch paczek mokrych chusteczek, dwóch paczek suchych chusteczek i dwóch ręczników papierowych na jedno dziecko. Skompletowanie pakunku z chusteczkami zabrało mi parę cennych minut i spowodowało, że o przekroczyłem czas wyjścia ustalony na 7.40. Gdy wybiegłem z domu dzieci już czekały na mnie przy windzie.

Podczas zjazdu do garażu odkryłem, że nie wziąłem ze sobą kluczy do samochodu. Zatrzęsłem się ze zdenerwowania, a poziom adrenaliny podskoczył mi od razu. Nie wysiadając z windy natychmiast ruszyliśmy z poziomu –1 do góry, z powrotem do domu. Jednak drzwi były zamknięte, a nasze pukania i dzwonienie pozostawały bez odzewu. Znów adrenalina mi podskoczyła. Co się dzieje? Gdy nie wiedziałem już, czy kląć, czy płakać pojawiła się Zofia. Okazało się, że zorientowała się iż nie wziąłem kluczy do samochodu i próbowała zbiec po schodach, by w garażu mi je dostarczyć…

Gdy w końcu zapakowałem dzieci do samochodu zauważyłem, że jeśli zdążymy to na styk. Zamieszanie przy starcie z domu zburzyło nasz spokój – mój i dzieci. Dla odprężenia postanowiłem więc porozmawiać z nimi o początku nowego roku. 10 minut wspólnej refleksji nad tym co przed nami w 2012 r. w drodze do przedszkola pomogło. Gdyśmy kończyli naszą krótką podróż wydawało się, że jesteśmy odprężeni a  nastroje już są lepsze. Jednak normalności, komfortu nie było.

Ciśnienie ponownie poszło w górę – po wydobyciu się z auta pobiegliśmy do przedszkola. O 7.59 zameldowaliśmy się przed drzwiami. Po wejściu miast zabrać się do rozbierania dzieci musiałem odbić karty Heli i Jureczka w czytniku nowo wdrożonego systemu do rejestracji przyjścia i wyjścia poszczególnych dzieci. Hela ma grupę na parterze. Ją przebrałem jako pierwszą. Jednak ta przyzwyczajona, że mamy kilkuminutowy zapas i wspólnie odprowadzamy Jureczka na pierwsze piętro, nie chciała iść do grupy. Znów lekko podskoczyła mi adrenalina. Na szczęście pani z grupy „Biedronki”, która zagarniała z przebieralni ostatnie dzieci przyszła mi na odsiecz i razem uporaliśmy się z zadaniem zaprowadzenia Heli na śniadanie.

Tymczasem pozostawione na boku młodsze dziecko znalazło się w opresji. Wokół Jureczka kręciły się trzy mamy zaniepokojone, że nikt się nim nie zajmuje i czy przypadkiem ktoś nie zostawił tego małego dziecka nie dopełniwszy swoich obowiązków rodzicielskich. Chyba już były bliskie wszczęcia alarmu, gdy zbliżyłem się do Jureczka a on wskoczył mi na kolana i w ten sposób udaremnił alarm. Kobiety spojrzały na mnie wymownie, a ja spojrzałem na zegar – była godz. 8.03. Czy uda mi się wcisnąć Jureczka do grupy na śniadanie, skoro teoretycznie drzwi już powinny być zamknięte aż do godz. 8.30? Migiem pomknęliśmy po schodach na pierwsze piętro.

Właśnie do grupy Jureczka wchodziły ostatnia dwójka lekko spóźnionych dzieci. Pani kątem oka dostrzegła, że wchodzę i w locie przebieram chłopca, ale zamknęła drzwi. Za chwilę – była 8.05. – zadzwoniłem na grupę. Jureczek był gotowy. – Bądź dzielny mój chłopcze! – ucałowałem go, a on się uśmiechnął. Za chwilę pani Małgosia (jedna z najbardziej lubianych przedszkolanek) otworzyła drzwi. Uff! – odetchnąłem z ulgą. Jednak Jureczek miast wejść do środka gwałtownie zawrócił do mnie, wybuchł płaczem i rzucił mi się na ręce…

To chyba dziecięca reakcja na poranne stresy – pomyślałem ze współczuciem dla malca. – Trzeba wychodzić wcześniej z domu! – postanowiłem. Przez dwie minuty uspokajaliśmy Jureczka po czym wszedł na śniadanie.

Nim drzwi zamknięto zapowiedziałem, że wrócę za 5 minut z daniną chusteczek – nie sposób było wykonać tych zadań jednocześnie (odprowadzić dzieci i dostarczyć paczek z chusteczkami). Pani Małgosia zgodziła się, że je przyjmie w trakcie śniadania. Wyszedłem na zewnątrz i wziąłem głębszy oddech. Mimo, że to początek roku powietrze było wiosenne i usłyszałem głosy ptaków, jakby to był marzec.

Parę minut potem znów byłem w przedszkolu z torbą pełną chusteczek. Gdy na górze wręczałem je pani Małgosia zagadnęła: „Jurek już dawno tak nie reagował. Rozpłakał się przy wejściu, a jak się uspokoił zamiast podejść do stołu i coś zjeść rzucił się na misia. To taka duża zabawka, która odgrywa rolę leżanki. Jak się źle czuje to się rzuca na nią i sobie leży. Proszę spojrzeć”. Postąpiłem krok naprzód i przez uchylone drzwi zobaczyłem w sali nogi Jureczka leżącego na misiu. Serce mi się ścisnęło.

– Spieszyliśmy się dziś do przedszkola i przeżyliśmy parę stresów – wytłumaczyłem. 

wtorek, 11 października 2011
Impresje wyborcy

To co napiszę o ostatnich wyborach jest odzwierciedleniem moich subiektywnych odczuć.

Przez ostatnie tygodnie przed wyborami nie czułem, że trwa kampania. Dotychczas, przy poprzednich wyborach było inaczej. Dyskusje i polemiki polityków jakoś na mnie oddziaływały, budziły refleksję, prowokowały do analiz w celu sprecyzowania własnego punktu widzenia, emocjonowały. Teraz było inaczej – tak, jakby decyzje już zapadły i nadchodzące wybory nie mogły już tego zmienić.

Dopiero pod koniec kampanii, gdy sondaże pokazywały, że PO i PiS idą łeb w łeb, gdy Krzysztof Jackowski, najbardziej znany polski jasnowidz zapowiedział, że wygra PiS i Jarosław Kaczyński, a jeden ze znanych komentatorów stwierdził, że „w tej kampanii Platforma nic nie robi”, trochę się zacząłem przejmować. W związku z tym częściej zacząłem zaglądać do TV i słuchać, co jest nadawane w radiu. Szybko przekonałem się, że w przekazach kandydatów do parlamentu i komitetów wyborczych nie ma nic szczególnie nowego. Trudno więc było mi uwierzyć, że oto Polska stoi przed gruntowną zmianą władz i nowym rozdziałem swojej historii. Nawet pomyślałem sobie, że albo ze mną jest coś nie tak, albo rzeczywiście na żadną rewolucję się nie zanosi.

Atmosfera w dzień wyborów też nie zwiastowała zmian. Lokal wyborczy zorganizowano tradycyjnie w tej szkole podstawowej, którą kiedyś ukończyłem. Pospieszyłem tam wraz z córeczką, która po raz pierwszy w życiu przekroczyła progi szkoły i okazywała zainteresowanie tym obiektem. Wybory obsługiwali młodzi, sympatyczni ludzie w wieku studenckim, którzy z uśmiechem obserwowali jak niemal zabawiam się głosowaniem pokazując dziecku karty do głosowania, a na nich kratki z których tylko dwie należy zakreślić krzyżykiem – jedną wskazując kandydata do sejmu, a drugą kandydata do senatu.

Wybory skończyły się o godz. 21, ale o tej porze nie czekałem z wypiekami na twarzy przed telewizorem na pierwsze, sondażowe wyniki wyborów. Postanowiłem bowiem zakończyć stary i rozpocząć nowy tydzień wybieganiem na dystansie 12 km. Dystans ten przemierzyłem w czasie 58 minut i 7 sekund. Wyniki wyborów nie zaskoczyły mnie. Oznaczają kontynuację, a tego zasadniczo się spodziewałem. Jedyną nowością jest pozycja Ruchu Palikowa, który 9 października 2011 r. został wybrany trzecią siłą polskiego parlamentu. Jeden z komentatorów określił jego przywódcę zastanawiającym, ale i pełnym treści określeniem „to jest zsekularyzowany Rydzyk”.

Po raz pierwszy od 1989 r. po wyborach nie jestem wściekła, ani też rozentuzjazmowana. W głowie nie pojawiają się myśli, jak nieraz w przeszłości, by pryskać stąd za granicę, ani oczekiwanie, że oto przed Polską dobre lata. I jest mi z tym dobrze – przyznała nazajutrz po wyborach jedna z koleżanek w pracy. Ze swojej strony powiedziałem, że wyjęła mi z ust to, co sam chciałem powiedzieć. 

 

piątek, 16 września 2011
Rezygnują (na razie) z maratonu

Gdy Adamek dostawał baty od Kliczki biegałem. Chciałem w ten pozazmysłowy sposób, własnym wysiłkiem go wesprzeć. Gdy przyspieszałem, czy rzucałem się na podbiegi wyobrażałem sobie, że Adamek jest dla przeciwnika nieuchwytny, tańczy przed Kliczką i od czasu do czasu dosięga go niespodziewaną serią ciosów.

Jednak czułem się nie najlepiej, bo była to bardzo późna już pora. Była to jakby negatywna odpowiedź na moje pozazmysłowe wsparcie. Na trasę wychodziła lekka mgła i – co najgorsze – było cicho… To nie jest dobry znak – myślałem. Tylko momentami słyszałem z okolicy odgłosy kibiców oglądających przed telewizorami walkę o mistrzostwo świata. Tych odgłosów było za mało, by spodziewać się sensacji, czyli co najmniej równorzędnej walki obecnego mistrza świata (Kliczki) i pretendenta (Adamka). Zamierzałem przebyć 25 km, ale po 20 km zszedłem z trasy.

Po rozciągnięciu się i powrocie do domu, pierwsze co zrobiłem to, włączyłem serwis informacyjny. Na pasku powracała złowroga wiadomość – Kliczko pokonał Adamka. 40 sekund przed końcem 10 rundy sędzia przerwał nierówny pojedynek. Potem dowiedziałem się, że to była dobra decyzja, bo Adamek wprawdzie jeszcze stał na nogach, ale już nie wiedział co się z nim dzieje…

Miał ambicje, marzenia, przygotowywał się, ale przeciwnik był lepszy.

Następnego dnia kolejna wstrząsająca wiadomość. 11 września, w niedzielę rozgrywano we Wrocławiu maraton. Pogoda nie dopisała: 30 stopni ciepła i bezchmurne niebo. Ciężko o trudniejsze warunki do długodystansowego biegu. Trzeźwe prognozy wyników na wrocławski maraton trzeba było na starcie weryfikować co najmniej 15 minut w dół.

Tego dnia część ekipy amatorów z naszej firmy, którzy szykują się na maraton warszawski 25 września br., biegła półmaraton w Tarczynie. Wszyscy dobiegli, ale z najwyższym trudem, w mało imponującym czasie i ze wspomnieniemi koszmaru...

We Wrocławiu po 2 godz. i 20 minutach pierwsi dwaj biegacze zbliżali się do mety. Byli to Kenijczycy Vincent Kipchirchir (wygrał bieg z czasem 2:20,20) i Sammy Kimeli Limo, triumfator z 2010 r. Ten drugi na własnej skórze doświadczył w jak morderczych warunkach przyszło mu biec.

200 m przed metą zaczął wyraźnie słabnąć i potykać się o własne nogi, jak człowiek po libacji, który usiłuje biec. Kilkadziesiąt metrów przed końcem zwalił się na ulicę, ale jeszcze na czworaka próbował dowlec się do mety.

Jednak kilka metrów przed upragnioną linią padł z wycieńczenia i nie był już zdolny dalej się poruszać. Nie ukończył biegu, a z trasy zniesiono go na noszach. Najważniejsze, że kilka godzin po udzieleniu mu pomocy o własnych siłach wrócił do swoich rodaków.

*  *  *

Nie wystartuję w tegorocznym maratonie, choć zamierzałem. Decyzja, że pod koniec września w Warszawie wezmę udział w takich zawodach zapadła zbyt późno – na początku lipca. Pierwsze długie wybiegania, powyżej 30 km, miały miejsce dopiero w sierpniu. Były to przykłady BMP – biegów z malejącą prędkością, gdy po 2 godz. czułem jak sztywnieję i miast biec zaczynam człapać. Banan, czy izotonik pomagały, ale na nie wiele. Wniosek oczywisty: jestem jeszcze zbyt słabo wytrenowany na maraton. W obecnej formie nie mam szansy, zgodnie z zamierzeniem, przebyć go poniżej 4 godz. Pewnie bym go sforsował, ale ostatnie kilometry to nie były bieg, ale dość żałosne człapanie – oznaka słabości i niedostatecznego przygotowania… Nie. Wolę jeszcze rok oswajać się z długimi, ponad 3–4 godz., wybieganiami. Wtedy mam szansę jesienią 2012 osiągnąć upragniony wynik, np. 3:50. 

 

czwartek, 04 sierpnia 2011
Życiówka w rocznicę powstania

Jaki lipiec był w tym roku? Lało i lało.Oby tylko nie przyszła jakaś solidniejsza ulewa na tradycyjnie wieczorny XXI Bieg Powstania Warszawskiego” – takie myśli krążą. Niestety z prognoz wynika, że niestety jest to możliwe. Cały dzień pochmurno i popadywał deszczyk. Gdy wychodzę z domu na bieg wciąż popaduje mrzawka.

Na Polonii (start był na Konwiktorskiej przy stadionie Polonii) atmosfera biegu z rekordową liczbą uczestników (4 tys.), festynu i uroczystego wspomnienia wydarzeń sprzed 67. lat. „Jak mocną grupę wystawił bank PKO BP!” – dziwię się mijając kolejnych zawodników z logiem banku. Dopiero po dobrej chwili przychodzi zrozumienie – każda koszulka w pakiecie startowym ma na plecach olbrzymie logo PKO BP. „Bankowi marketingowy nie mają wyczucia. Nachalne narzucanie się publiczności w takich okolicznościach spowoduje, że przy okazji biegu ku czci Powstańców wielu zawodników nabierze trwałej niechęci do PKO BP” – jestem tego niemal pewny.

Rozgrzewka. Właśnie zastanawiam się, gdzie się ustawić do biegu (z przodu, w środku, czy przy końcu), gdy widzę Wojtka Staszewskiego w białych podkolanówkach, który przeskakuje przez płot i wciska się w czoło grupy zawodników szykujących się do startu. Wkrótce potem idę w jego ślady. Minuta ciszy ku czci poległego ostatnio w Afganistanie st. szeregowego Pawła Poświaty. Milczą też bohaterzy Powstania, dziś staruszkowie, którzy chwilę potem pozdrawiają biegnących z wysokości estrady. Nagle wśród zawodników ustawionych w czole biegu zauważam swojego szefa. Chyba i on mnie widzi, ale nie czas na pozdrowienia – dzieli nas 20 m gęstego tłumku.

Najpierw startują zawodnicy na wózkach inwalidzkich. W tym czasie reszta śpiewa Rotę „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…” i zaraz potem rusza. Pierwsze kilkaset metrów to jeszcze przepychanka, potem już bieg wg swoich możliwości. Pogoda idealna – ciepło, lekki wietrzyk i drobniutki deszczyk, zwany tu i ówdzie „kapuśniaczkiem” lub „maseczką parową”. Zawodom towarzyszą wspomnienia – w jednym miejscu są to pieśni powstańczej Warszawy, w innym odgłosy bitwy, strzelaniny i bombardowania, którym towarzyszy gra świateł, w jeszcze innym młodzi ludzie przebrani za powstańców zagrzewają biegnących do wytrwałości.

Na czole biegu dominują zawodnicy wytrenowani, którzy celują w dobry wynik i nie oszczędzają się na trasie. W takim towarzystwie biegnie się ambitniej. Po pierwszym okrążeniu, czyli po pierwszych 5 km spoglądam na pulsometr i widzę, że ukończyłem je w czasie poniżej 23 minut. „Niesamowite! Gdy utrzymam to tempo to na metę wpadnę w 45 minut…” – dziwię się sam sobie.

Na drugim okrążeniu na trasie jest już mniej biegnących. Poruszam się we własnym tempie – mijam jednych i jestem mijany. Po zbiegu z Karowej wyprzedza mnie dziewczyna. Przez 500 m biegnę za nią, potem zwalniam, bo obawiam się, że tak mocne tempo osłabi mój finisz. Kątem oka spoglądam na fontanny, gdzie akurat teraz trwa spektakl wizualno – muzyczny. Na Sanguszkach lekko przyśpieszam na podbiegu i znów widzę 100 m przed sobą plecy ambitnie biegnącej dziewczyny, która mi odskoczyła na Wisłostradzie. Ostatnie 300 m przemierzam na 80 proc. swoich możliwości i nieco podganiam ją. Wpadam na metę i jestem lekko rozczarowany widząc, że zegar wskazuje już 46 minutę. Ostatecznie jestem jednak bardzo zadowolony z wyniku – 46,02, o 2,5 minuty szybciej od mojego szefa. Nieśmiało liczyłem na pobicie życiówki z 2008 r. Tymczasem wyraźnie ją poprawiłem. Dyspozycję miałem niezłą, ale wynik zawdzięczam temu, że ustawiłem się na początku grupy biegnących.

wtorek, 26 lipca 2011
Fundament pod maraton

Doszedłem do wniosku, że trzeba iść za ciosem i spróbować pod koniec września br. przebiec maraton. Już rozpocząłem stosowne przygotowania. Pomocą jest mi włączenie się do firmowej grupy entuzjastów, którzy mają ten sam zamiar, co ja.

Na razie większość ludzi z grupy nie przebiegła jednorazowo nawet 16 km. Czy jesteśmy więc grupą nadambitnych jednostek skazanych na klęskę? Gdybyśmy byli pozostawieni sami sobie to prawdopodobnie tak by się to skończyło. Jednak dowództwo nad nami objął człowiek z doświadczeniem maratońskim i triatlońskim, który nie tylko ukończył kilka maratonów, ale też triatlonów w wersji hard core (najbardziej wymagającej), czyli 3,8 km pływania, 180 km jazdy rowerem i 42 km biegu.

Nasz triatlonista najpierw rozpoznał stopień zaawansowania biegowego każdego z nas i każdemu wyznaczył indywidualny plan treningowy. Zachęca nas do wysiłku i podkreśla, że każdego z nas stać na przebiegnięcie maratonu. Trzeba tylko spokojnie i systematycznie biegać. Niedowierzającym wskazuje, że organizatorzy imprezy dają 6 godz. na przemieszczenie się od startu do mety. To naprawdę wystarczający czas, by ten dystans przemierzyć…

Ostatnio zgromadził nas w lesie na wspólne wybieganie. Nie wiadomo jak i kiedy przebiegliśmy tam razem 15 km. Niektórzy wiedząc, że plan spotkania przewiduje zmierzenie się z takim dystansem przyszykowali się na bój ostateczny. Przybyli z bronią – z bidonikami, z odżywkami, z batonami energetycznymi itd. Jednak żadnej masakry nie było – biegliśmy rekreacyjnie, prawie rozrywkowo. Gawędziliśmy sobie, wymienialiśmy doświadczenia i dowcipy. Po przebiegnięciu 15 km większość była zaskoczona, że to już koniec. Nie zobaczyli, nie odczuli oczekiwanych kosztów przebycia takiego dystansu. Spodziewali się, że będą ledwo dychać, zlani potem i bliscy padnięcia na pysk. A tymczasem – co sami przyznawali – czuli się, jakby przebiegli dopiero 3–5 km…

Co jest? Okazało się, że ochotnicy na maraton popełniają często ten sam błąd. Na indywidualnych treningach ruszają zbyt szybko do przodu. W efekcie przebiegają najwyżej 10–12 km i już czują się mocno zmęczeni, niezdolni biec dalej. A w ich psychice rośnie poczucie niemożności sforsowania 42 km. Albo uważają, że to jest jakieś nadzwyczajne osiągnięcie, skutek katorżniczych treningów i dopust Boży… Tak nie jest.

Kto chce przebiec maraton ten musi oswoić się z dłuższymi, spokojnymi wybieganiami. To jest podstawa. Ale wspaniała lekcja!

 

wtorek, 12 kwietnia 2011
Pierwszy półmaraton (1)

Już od połowy września ubiegłego roku bronchity męczą mnie ze zdumiewającą regularnością. Jakieś 2–3 tygodnie przerwy i problemy z kichaniem, smarkaniem zaczynają się od nowa. 2 tygodnie przed półmaratonem kolejny bronchit właśnie wszedł w fazę schyłkową. Czy w takim stanie można się przygotowywać do półmaratonu i w ogóle myśleć o takim biegu? Postanowiłem pobiec. „Dłużej nie można już zwlekać. Teraz!” – powiedziałem sobie. Ale czy 2 tygodnie przygotowań wystarczy? Musi wystarczyć! – zadecydowałem i zaraz potem wyszedłem na spokojne rozbieganie na dystansie 8 km. Od tego dnia biegałem co drugi dzień. W domu trochę ćwiczyłem z hantlami. Pod koniec pierwszego tygodnia rozbiegania zauważyłem, że wychodzę z zimowego marazmu – trzeci trening przełożył się na poprawę szybkości.

Tydzień po rozpoczęciu treningu była sobota. Mieliśmy gości, którzy przybyli na pierwszą rocznicę urodzin Jureczka. Nim pojechali, nim po przyjęciu posprzątałem była już prawie północ. W takich okolicznościach po raz kolejny wykazałem determinację. „Miałem dziś przebiec treningowo 18–19 km. Wprawdzie późno już, ale nic to” – pomyślałem dziarsko. Wyszedłem z domu. Około godz. 1, po przebiegnięciu zakładanego dystansu, wróciłem do domu. To był jeden z najdłuższych treningów biegowych w moim życiu. „Przebiegnę półmaraton i spokojnie złamię 2 godz. Mam szansę uzyskać czas między 105 i 110 minut” – byłem tego pewny. W tygodniu przed startem ćwiczyłem z hantlami w domu, a na trening wychodziłem 2 razy. Na weekend prognoza pogody przewidywała powrót mrozów… I rzeczywiście w noc przed startem temperatura spadła poniżej zera. Była to noc zmiany czasu z zimowego na letni. Zegarki zostały przyspieszone o godzinę, co oznacza, że sen był o godzinę krótszy. Noc była niespokojna – dzieci harcowały, a mnie w półśnie wydawało się, że już biegnę w tłumie startujących. Mobilizacja i jakby niezdolność do zapadnięcia w głębszy sen powodowały, że nocny odpoczynek był płytki i pełen wrażeń nadchodzącego wysiłku.

Rano na śniadanie makaron. Długodystansowcy tydzień przed startem zajadają przede wszystkim makaron, by nasycić organizm glikogenem, który potem, w czasie biegu jest dla nich źródłem mocy. Bałem się, że przybędę na start za późno, ale przybyłem z półgodzinnym wyprzedzeniem. Po drodze widziałem jak z Muranowa co poniektórzy półmaratończycy truchtem biegli na start.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16