RSS
wtorek, 14 kwietnia 2015
Przelot po krzywej nad oceanem

Jak to dobrze pakować się do ciepłej Kalifornii, gdy wciąż pada śnieg i naprawdę wszędzie go pełno. Ponadto zadymki, mróz trzyma i nie widać żadnych śladów zbliżającej się wiosny (astronomicznej), choć to już połowa marca.

Lekki niepokój obudziła we mnie historia Krystiana, który 8 dni przede mną ruszył do Bostonu. Oczywiście nie bezpośrednio, ale przez Frankfurt. Tu jednak spotkała go niemiła niespodzianka - samoloty na wschodnie wybrzeże USA został odwołane z powodu śnieżycy i huraganowych, mroźnych wiatrów za oceanem, które sparaliżowały lotniska i transport. Krystian mógł jedynie obejrzeć na ekranie TV jak wygląda atak zimy w USA. A kiedy się skończy i zostaną wznowione loty? Nie wiadomo. Zdecydował się więc wracać do Polski. Dzięki osobistemu urokowi i znajomości rosyjskiego zaczarował konduktorkę białoruskiego pociągu ekspresowego. Ta umożliwiła mu zajęcie miejsca w opustoszałym składzie, dzięki czemu wrócił kuszetką do Warszawy.

Dobrze pomyśleć, że wychodzę z domu koło południa, a o 20.30 będę już na zachodnim wybrzeżu USA. Jednak trzeba do tego doliczyć około 8 godz. różnicy czasowej. W sumie wychodzi więc ponad 16 godz. w podróży, czyli sporo, sporo. Przelot do Frankfurtu to jedynie wstęp. Wchodząc przez „kołnierz” z niemieckiego lotniska na pokład dużego Boeinga, z ośmioma pasażerami w rzędzie i dwoma korytarzami przecinającymi rzędy, biorę głębokie oddechy - spędzę tu prawie pół doby...

Na ekranach rozwieszonych nad rzędami foteli pasażerowie mogą na bieżąco sprawdzać aktualne położenie samolotu. Jeszcze lecieliśmy nad Niemcami, gdy obsługa samolotu zaserwowała pierwszy posiłek. Poczułem się tak, jakby 2 kwadranse potem miała paść komenda „proszę zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania” - pewnie gdzieś w Szwecji. Jednak nie tędy droga - maszyna wleciała nad Morze Północne i bokiem mijała Skandynawię, a po drugiej stronie miała Wyspy Brytyjskie; pięła się na północny zachód. Im dalej była w tej drodze tym słońce pochylało się coraz niżej nad widnokręgiem.

Gdy dolatywaliśmy do Islandii dzień się kończył, słońce niknęło na horyzoncie, a w kabinie szarówka przechodziła w mrok. Wydawało się, że wkrótce wlecimy w noc. Co poniektórzy już mościli się w siedzeniach do snu, a tu nagle nad Grenlandią znów się rozjaśniło i zrobiło widno. Potem, gdy wlatywaliśmy nad północną Kanadę, widok za oknem nie pozostawiał wątpliwości - jesteśmy w środku dnia. Przejście od zmierzchu do pełni dnia, wbrew naturalnej kolejności rzeczy nie wszystkim było podziwiać - wielu już spało przykrytych pokładowymi kocykami. Jak do tego doszło, że zamiast nocy przyszedł środek dnia? To efekt ekspresowego mijania południków, które na dalekiej północy przebiegają w stosunkowo bliskiej odległości od siebie.

Czułem się jak w Titanicu, a przecież leciałem w niekończącym się dniu, a nie płynąłem nocą na górę lodową. Na góry lodowe i ogromne obszary białej, oświetlanej słońcem zimy spoglądałem z wysokości około 10 tys. metrów. Byłem zdumiony widząc jak ogromne są na północy Kanady obszary pokryte lodem i śniegiem.

Wg czasu polskiego to już noc - należałoby iść spać, ale obsługa serwuje kolejny, ciepły posiłek. Po nim myśl ożywa - przypominam więc sobie z przykrością, że choć lecę to mam pilną pracę do wykonania. Wyciągam komputer i zaczynam dłubać w dokumentach, gdy inni śpią, a jeszcze inni oglądają filmy na ekranach umieszczonych na tylnich częściach fotelów ich sąsiadów z przodu, np. „Sky fall”, który to obraz podczas przedłużającej się zimy jest przedmiotem żartów i nazywany nowym tytułem „Snow fall”.

Posuwam się ze swoją pracą do przodu, a tymczasem samolot pikuje na południowy zachód i mija granicę z USA. Wyglądając przez okno dziwię się, że ogromne tereny w Kanadzie i USA są niezamieszkałe. Nieco zmęczony podróżą i pracą postanawiam uciąć sobie drzemkę, ale obsługa samolotu serwuje kolejny posiłek, a więc ponowne ożywienie. Im bliżej celu, czyli San Francisco, tym coraz bardziej dzień chyli się ku końcowi. Przez ostatnie kwadranse samolot leci prawie wyłącznie na południe. Tam gdzie słońce powoli kryje się na widnokręgu, w oddali wyłania się Pacyfik. Ocean wyraźnie odróżnia się od lądu - widzę go jako czarną niemal płaszczyznę przed spojeniem nieba z ziemią.

Gdy zniżamy się do lądowania jest już ciemno. Można jednak podziwiać nitkę bardzo długiego mostu biegnącego przez Zatokę i łączącego San Francisco ze stałym lądem oraz przemieszczające się po nim auta. Gdy koła maszyny po około 12 godzinach nieprzerwanego lotu uderzają o pas lotniska pasażerowie zgodnie kwitują ten fakt gromkimi brawami. Jednak to jeszcze nie koniec - trzeba poświęcić ponad godzinę na formalności. Amerykanie są ostrożni i wolą się upewnić co ma zamiar robić w San Francisco człowiek z Polski. Dość starannie to badają. Na szczęście dokumenty są wystarczające i nie chcą już ich weryfikować, choćby przez wykonanie paru telefonów...

Wychodzę do hali przylotów i tam spotykam gospodarzy. Okazuje się, że leciałem z Frankfurtu razem z kolejnym gościem - Hindusem, który w letniej odzieży wychodzi do hali przylotów zaraz po mnie. Leciał 2 razy dłużej niż ja. Jego letni ubiór bardziej pasuje do klimatu w San Francisco niż mój. Oszczędnie rozmawiamy, a w tym czasie gospodarze wiozą nas do San Jose. Gdy wchodzę do swojego pokoju hotelowego dochodzi godz. 22.00, czyli godz. 6.00 rano w Polsce. Fajnie byłoby wziąć prysznic, zmyć z siebie podróż i iść spać, ale... czeka mnie jeszcze praca. Kończę 1/2 godz. po północy - wtedy nastawiam budzik, wreszcie się kładę i natychmiast zapadam w głęboki sen.

poniedziałek, 20 maja 2013
Kalifornia jak w maju (2)

Długa podróż, zmiana strefy czasowej powodują, że popełniłem błąd przy nastawianiu budzika. W efekcie rano urządzenie zrywa mnie ze snu 1/2 godz. przed czasem. Wyskakuję z łóżka i pod prysznic. Nie będąc świadomy pomyłki schodzę do lobby hotelowego 2 kwadranse za wcześnie. Tam jednak spotykam grupę, która szykuje się do wyjazdu na konferencję. Dołączam do niej i dopiero w samochodzie, przed wyruszeniem w drogę ja i ludzie siedzący we wnętrzu auta, z którymi rozmawiam dochodzimy do wniosku, że powinienem wysiąść i jeszcze trochę poczekać na swoich... „Ale jestem zakręcony!” - myślę ze wstydem.

Mam pół godziny, by pospacerować wokół hotelu i się rozejrzeć po okolicy. Patrzę na kwiaty w pąkach, na świeżą zieleń, delektuję się ciepłymi podmuchami wiatru - doświadczam nie tylko zmiany strefy czasowej, ale i pory roku. Marzec w Polsce nierówny jest marcowi w Kalifornii. Podczas, gdy tam jeszcze śnieg i zadymki, tu kwitnące kwiaty, drzewa i mocno już przygrzewające słońce. W Polsce taką wiosnę będziemy mieli dopiero w maju. 

Tym razem znajduję swoją grupę - w niej trochę Europejczyków i przedstawicieli Azji, spora grupa Latynosów. Nasi gospodarze mają w Dolinie Krzemowej całą dzielnicę, w której 4-5 piętrowe biurowce, centra badawczo-rozwojowe i ośrodki konferencyjne otoczone są parkingami i wtopione w uporządkowany teren parkowy z alejkami, trawnikami, rzędami krzewów i drzew. Można po tej dzielnicy jeździć autobusem - tak jest rozległa. Z rana tu i ówdzie można zauważyć w niej ekipy ogrodników, którzy strzygą krzewy, koszą trawę, grabią itd.

Na miejsce konferencji docieramy 1/2 godz. przed startem imprezy. Można poznać ludzi, zjeść rogalika i popić kawą. Dostrzegam kręcącego się koło stołu Holendra, jedną z zapowiadanych gwiazd spotkania. "Po imprezie nie będzie można się do niego dobić. Warto wykorzystać szansę i porozmawiać z nim teraz" - myślę. Do rozmowy nie dochodzi. Zniechęca mnie do tego głęboko zasępione oblicze potencjalnego rozmówcy. Jego mina może być znakiem, że dopiero co otrzymał jakąś katastrofalną informację. Jak tu stawiać mu pytania, gdy być może należy raczej prewencyjnie okazać wyrazy współczucia?  

Otwarto drzwi do sali konferencyjnej. Uczestnicy siadają po 4-7 osób przy okrągłych stołach przed sceną, gotową do przyjęcia mówców. Jestem zaskoczony, że Holender nie udaje się na scenę, ale siada wraz z uczestnikami przy stole sąsiadującym z moim. Wciąż ma marsową minę. Wtem pojawia się przy nim kolejny, z góry zapowiadany "gwiazdor" konferencji - Kanadyjczyk. Ten jest w lepszej kondycji. Pozdrawia Holendra słowami, w których jest moc. Mówi: "How are you?", ale w taki sposób, że w tym krótkim pozdrowieniu zawiera się bogatszy przekaz: "Konferencja zaraz startuje. Spójrz - ludzie przyjechali na nią z całego świata i czekają, że zaprezentujemy im coś ciekawego. Jesteś gotów, bo ja tak! Zaraz wskakuję na scenę i ruszam z tym wózkiem!" Dawno nie słyszałem przywitania nasyconego tak pozytywną energią. Chciałbym z takim nastawieniem rozpoczynać codzienną pracę - przemyka mi przez głowę.  

Za chwilę przekonuję się, że ktoś dobrze pomyślał dając głos Kanadyjczykowi na samym początku. Ten mówi bowiem składnie, zrozumiale i - choć materia wystąpienia do łatwych nie należy - umie skupić na swoim przekazie uwagę słuchaczy. Jest dobrym mówcą - jego wystąpienie działa na mnie lepiej niż filiżanka kawy... Poza tym mówi prostym językiem i potoczystym. To jest sztuka tak przemawiać! Konferencja wystartowała prawdziwie z kopyta. Nie wiedzieć kiedy ogłoszono przerwę, podczas której spotkałem Polaka pracującego w Dolinie Krzemowej. Sprawiał wrażenie człowieka obarczonego nadmiarem roboty, który boi się, że swobodnie rozmawiając traci cenny czas, który mógłby poświęcić na wypełnianie rozlicznych obowiązków. O wiele przyjemniejsi w kontakcie byli cudzoziemcy... Brytyjczycy oszczędni w słowach, ale mówią do rzeczy. Z Latynosami rozmawia się jak z krewnymi - otwarcie, wylewnie. Od razu nawiązuje się nić dobrej znajomości. Nie wiedzieć kiedy rozmawiam z Olgą, Meksykanką jak ze starą znajomą. Pochodzi ze stolicy tego kraju, ale aktualnie mieszka i pracuje w Tijuana, blisko granicy z USA. Mówi, że jest katoliczką na mocy chrztu, ale żyje raczej z dala od kościelnej praktyki. Szkoda, że przerwa ma ograniczony czas...

Po przerwie konferencja biegnie już swoim tempem, bez takich fajerwerków jak na początku. Teraz, przed obiadkiem zmęczenie daje o sobie znać - człowiek czuje potrzebę przymknięcia powiek, choćby na minutę. Gdy wtem coś się dzieje na sali - jakiś ruch, zamieszanie. Co jest? Ktoś zemdlał? Dlaczego te ożywienie, podniesione głosy w obozie Latynosów? Wszyscy patrzą w ich stronę, a organizatorzy zastanawiają się, czy kontynuować, czy też przerwać konferencję. Okazało się, że... za Atlantykiem, w Rzymie wybrany właśnie został nowy papież. Jest nim Latynos - Argentyńczyk kard. Bergoglio, który przyjął imię Franciszek! Latynosi nie mogli poczekać z komentarzami i radością do obiadowej przerwy.

Nowy papież to główny temat przy stole podczas obiadu. Latynosi są podekscytowani, mówią o historycznym przełomie. "Najpierw był papież z Polski, potem z Niemiec. Teraz od nas!" - mówią. Cieszą się, że oto przywództwo w Kościele właśnie przestało być kwestią wyłącznie Europy. "Kościół jest jeden, ale ma całkiem inne oblicza w Europie i w Amerykach - południowej i środkowej". Ktoś z Latynosów dodaje, że był we Francji i we Włoszech. Odwiedzane po drodze kościoły przypominały mu raczej muzea, niż miejsca, w których żyją wspólnoty wiernych. Inny wyraża nadzieję, że papież Franciszek będzie raczej podobny do Jana Pawła II niż do Benedykta XVI. "Papież - Polak był dla mnie jak ojciec i otaczany miłością dziadek. Z Benedyktem miałem problemy. Nie umiałem, nie mogłem traktować go tak, jak jego poprzednika. Czasami drażnił mnie" - przyznał. Dyskusje przy stole są żywiołowe i niedokończone. Jestem pod wrażeniem tego, jak żywo Latynosi przyjmują wybór nowego papieża. 

Sesja popołudniowa jest krótsza i bardziej syntetyczna. O 15.30 dobiega końca. Wracamy do hotelu. O 18.00 jest zbiórka i wyjazd na kolację. Nastawiam budzik na 17.30 i usypiam. Śpię jak kamień, co sprawia, że nie reaguję odpowiednio na sygnał budzika. Odzyskuję przytomność dopiero o godz. 18.15 i... łapię się za głowę. 5 minut potem jestem już przy recepcji hotelu, ale nikogo nie zastaję - grupa już pojechała. Z 3 kwadransami opóźnienia dołączam do grupy. Podwozi mnie taksówkarz, który doskonale zna centrum (downtown). Gdy wchodzę do lokalu  ludzie właśnie kończą zamawiać dania. Przy kolacji ludzie swobodnie rozmawiają o różnych sprawach. Powraca też temat nowego papieża i różnic w przeżywaniu wiary w Europie i obu Amerykach. 

Downtown San Jose wygląda typowo. Tak można było sobie go wyobrazić - wieżowce poprzecinane ulicami i trotuarami, po których w tej wieczornej porze przemieszcza się sporo młodzieży. Większość chłopaków chodzi w zbyt dużych spodniach, jakby po starszych braciach odziedziczonych i ma na głowie czapki z dużymi daszkami. Mam wrażenie, że wszędzie czuję zapach popcornu - ziaren kukurydzy wysmażonych w głębokim tłuszczu. W lokalu to jest usprawiedliwione, ale podobny klimat odczuwam też na ulicy... W Polsce taki zapaszek unosi się w multipleksach kinowych. Po powrocie do hotelu ludzie idą na zasłużony odpoczynek - niektórzy przyjechali z drugiego końca świata. Patrzę na zegarek i postanawiam wyjść z hotelu na 3 kwadranse spaceru. Przypominam sobie, że to marzec i znów ogarnia mnie zdumienie z majowej - z nadwiślańskiego punktu widzenia - pogody. 

San Francisco (3)

Szczerze - ten dzień traktuję jako główny punkt wizyty. Zajęcia warsztatowe trwają jedynie do południa, a potem wyjazd na spacer po San Francisco. Najpierw spotkanie przy kawie z człowiekiem, który wczoraj zainicjował konferencję i nadał jej dobre tempo. Dziś wprowadza nas w wędrówkę po wybranych obiektach centrum badań i rozwoju. Miło rozmawiamy sobie w kameralnym gronie. Zaraz potem ruszamy pieszo po kilku z co najmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu obiektów.

Wędrówka po centrum badań i rozwoju  szybko wzbudza w nas zainteresowanie. Widzimy i słyszymy rzeczy, które robią wrażenie. Dowiadujemy się, że w odwiedzanej przez nas części ośrodka gromadzone są i analizowane informacje... z całego świata. Dane dotyczą różnych rzeczy, np. pogody, by dzięki temu z wyprzedzeniem przewidywać nadciągające kataklizmy, ale też społeczeństw, tendencji społecznych, demograficznych, politycznych, kulturowych, itd. Budzą się pytania: po co Amerykanie wydają niemałe pieniądze na taką działalność? Gospodarze mówią, że to jest centrum badań. A więc tu nie uzyskuje się gotowego produktu, lecz raczej prototyp i trzeba dalej pracować, by ostatecznie coś pożytecznego z tego wyszło. Jednak nas ogarnia po cichu przeświadczenie, że tu buduje się prototyp Wielkiego Brata, który doskonali swoje zdolności podpatrywania, a ostatecznie... kontrolowania.

Centrum R&D ma kilka stołówek. Ta, do której trafiamy jest naprawdę dużą halą, w której każdy dobiera sobie posiłek sam. Ma do wyboru ponad 10 kulinarnych propozycji prezentowanych przy osobnych stołach przez kucharzy. Aplikuję sobie bombę warzywno - owocową oczekując, że mnie wzmocni przed planowaną  wyprawą do San Francisco. Po tym cośmy zobaczyli znów ożywiona dyskusja przy stole.

"Na podstawie analizy gigantycznego zbioru różnorodnych danych z całego świata firma testuje możliwości wyciągania wniosków, które mogą się jej przydać dla rozwijania swojego departamentu doradztwa" - uważa Arturo. Dyskutanci wskazują, że firmy w Dolinie Krzemowej już szukają sposobów, by powołać swoją reprezentację, która uzyska realny wpływ na politykę USA. Rzeczywiście  podczas konferencji mówiono m.in., że regulator i administracja rządowa USA w zbyt małym stopniu korzystają ze zdobyczy rozwoju technologii, a przecież tu kryje się recepta na lepsze rządy. Ciekawa debata, całkiem zjadliwy obiad i... człowiek zapomniał, że trzeba się streszczać, bo mamy wyjazd do San Francisco. W efekcie znów jestem spóźniony - gdy po obiedzie docieram do hotelu dowiaduję się, że grupa już się zapakowała i właśnie pojechała. 

Co teraz robić? Na szczęście jeden z uczestników, Turek z Istambułu miast na wycieczkę zaraz wsiada do taksówki i jedzie do San Francisco, by stamtąd lecieć do Turcji, z przesiadką w Paryżu. Dogaduję się z taksówkarzem, Amerykaninem egipskiego pochodzenia i ten zgadza się, że po drodze na lotnisko podrzuci mnie i zostawi na nabrzeżu, skąd niedaleko do kultowego miejsca -  Pier 39. Tam, zgodnie z planem wycieczki, o godz. 19.30 wycieczkowicze mają się zejść na kolację. W trakcie jazdy taksówkarz i Turek podpytują mnie dlaczego Europa boi się Turcji i nie chce jej przyjąć do Unii Europejskiej. Odpowiadam, że ważną przyczynę stanowią zaszłości historyczne, których bliżej nie znam (nie chcę, byśmy po zapodaniu tematu dżihadu przeciw Ormianom na początku XX w. wzięli się za łby i pokłócili). Rozmawiamy o San Francisco. Taksówkarz chwali sobie życie w tym mieście i radzi mi, gdzie się udać, co obejrzeć. Deklaruje, że gdyby był moim przewodnikiem to zabrałby mnie w miejsca "gdzie mógłbym się dobrze zabawić". Póki co podrzuca mnie na nadbrzeże.

Jestem w San Francisco - na nabrzeżu, gdzie trwa niekończący się ruch pieszych i osób biegających (jogging). "Rety, jak wielu ludzi biega już wczesnym popołudniem" - przemknęło mi przez głowę. Co krok przystanie z jachtami czy kuterami. Pier 39 to miejsce kultowe i deptak pełen sklepików, knajpek, restauracji. "To tu mam dotrzeć na 19.30" - myślę i zaraz skręcam z nabrzeża w stronę miasta. Od strony zatoki miasto jest zabudowane tradycyjnie. Tak mniej więcej mogło wyglądać w tym miejscu 100 lat temu - domy nie mają więcej niż 3 piętra. Wspinam się do góry i już z góry patrzę wstecz na zatokę. Docieram do trakcji tramwajowej. Podziwiam słynne, pojedyncze kabiny wspinające się do góry i oblepione pasażerami, z których część stoi na stopniach i macha rękami do mnie, zwłaszcza gdy widzą, że próbuję fotografować wehikuł.

poniedziałek, 31 grudnia 2012
(1) Wiedeń - kres Wschodu

Adwent – pokrywa się z najkrótszymi, a przez to depresyjnymi dniami w roku. Nie jest to jednak czas tak ponury jak listopad. Rano, przed świtem rozświetlają go lampiony dzieci biegnących na roraty. W miarę jak zbliża się Boże Narodzenie coraz więcej światełek rozbłyska w oknach, na balkonach. Nadchodzące święta nadają temu okresowi specyficzny klimat – wyraźnie to odczuwam, choć dla innych może to być tylko mój subiektywizm. W Wiedniu ten przedświąteczny klimat się materializuje – staje się widzialny w wystroju miasta i dotykalny na przedświątecznych „ryneczkach”, na które można się tam natknąć niemal co krok. Nic dziwnego, że sami Austriacy mówią o „adwentowym czarze” (adventzauber) zjawiającym się na wiedeńskich ulicach i placach wraz z zapadającym zmrokiem.

 

Do Wiednia dotarliśmy przed południem. Trafiliśmy na dzień z przyjemną pogodą – z czystym niebem, słońcem, dodatnią temperaturą i lekkim wietrzykiem. Do pierwszego oficjalnego punktu delegacji było jeszcze ponad 6 godz. Z Krystianem, którego znam od co najmniej dwóch lat, postanowiliśmy przejść się po mieście.

Wiedeń jest kresem wschodu i zarazem wyjątkową jak na zachodnie miasta mieszanką wschodu i zachodu – twierdzi filozoficznie Krystian. Chce przez to powiedzieć, że przez wieki Wiedeń był stolicą Europy środkowo – wschodniej. W efekcie wiekowej tradycji do dziś ciągną do tego miasta Węgrzy, Słowacy, Polacy, Czesi, Ukraińcy, a także Turcy, Rumuni, Bułgarzy, południowi Słowianie i przynoszą tu swoją kulturę, zwyczaje, kuchnię. Tak powstaje austriacko–wschodni mix. Ten napływ i wpływ jest ponoć odczuwalny, ale chyba trzeba tu dłużej pobyć, by takie rzeczy zauważyć.

Spokojnym krokiem idziemy po centrum. Dochodzimy do palmiarni, gdzie postanawiamy napić się słynnej kawy po wiedeńsku. Nim siądziemy przy stoliku sycę się widokiem… wiosny, czyli prawdziwie wiosenną ekspozycją na słońce klientów Palmenhouse. Wystawiają swoje twarze ku słońcu. Ich widok każe mi sądzić, że zima już odchodzi, słońce grzeje coraz mocniej i jest… marzec. Wystarczy przejrzeć menu by powróciła świadomość, że przecież to ostatnie dni astronomicznej jesieni.

 

Przystanek w spacerze po Wiedniu – filiżanka kawy z ubitą pianą śmietankową, posypaną czekoladą, z owsianymi ciasteczkami i szklaneczką wody – wyostrza zmysły, działa, jak… jakiś napój procentowy. 15 minut potem wychodzimy na Ring, czyli ulicę o długości ponad 5 km, która biegnie niemal po okręgu i obejmuje centralną część miasta. Tam Krystian niechcący wchodzi w drogę sympatycznej dziewczynie na rolkach. Niemal dochodzi do zderzenia. Kolega wykazuje się znakomitym refleksem w czym dostrzegam skutek kawowej przerwy. „Bardzo przepraszam– mówi po niemiecku. Pomaga dziewczynie złapać równowagę, także ofiara kolizji przez moment opiera się na nim. „Jakie miłe spotkanie” – dodaje Krystian z uśmiechem. Jego szarmanckie zachowanie sprawia, że ta odwzajemnia mu się uśmiechem. „Jak dojdziemy do ratusza?– pyta. „To kilkaset metrów stąd– odpowiada dziewczyna i wskazuje kierunek po czym odjeżdża.

Idziemy we wskazanym kierunku. Przed dotarciem do ratusza skręcamy do Parku Narodowego. Atmosfera weekendowa – spokój, szczątkowa frekwencja, jakaś pani puszcza gigantyczne bombki mydlane ku uciesze dzieci. Moją uwagę zwracają krzewy i małe drzewka zabezpieczone na zimę. Park jest zadbany. Widać w nim troskę i kunszt miejskich ogrodników.

 

Słońce powoli schodzi ku linii horyzontu i robi się coraz chłodniej. „Idziemy pod ratusz na świąteczny bazarek– proponuje Krystian. Wiener Christkinldmarkt (wiedeński świąteczny rynek) oferuje mnóstwo ozdób świątecznych. Cieszy się dużym zainteresowaniem. „Po pracy ludzie spotykają się tu na pogaduszki i szklaneczkę świątecznego ponczu– tłumaczy Krystian. My też serwujemy sobie gorący poncz i po kawałku świątecznego piernika, by się rozgrzać. Obok grupa Wiedeńczyków również raczy się ponczem i wesoło dokazuje, dowcipkuje. Krystian dostaje telefon od swojej węgierskiej koleżanki Miki, która proponuje spotkanie za 1 godz. przy wejściu do katedry św. Stefana. „To 10–15 minut pieszo stąd. Mika zna Wiedeń jak własną kieszeń. Pokaże nam coś ciekawego” – zapowiada Krystian. Na umówione miejsce idziemy dłuższą drogą. Zapada zmierzch. Po drodze przechodzimy przez dwa małe świąteczne ryneczki, które są opromienione światełkami i osnute jakąś smakowitą wonią. To pieczone kasztany. Decydujemy się na popróbowanie tej specjalności. „Pyszna przekąska. Dlaczego szerzej nieznana w Polsce?– delektuje się Krystian.

 

Sprzedawcy są uprzejmi i zorientowani na klienta, że nie wiedzieć kiedy popijamy kolejny kubek ponczu. W efekcie idziemy na spotkanie z Miką w wesołym nastroju. Sam nie wiem, czy jest to pochodna wyłącznie ponczu, czy miłego, świątecznego klimatu na ulicach, a zwłaszcza na wiedeńskich ryneczkach.

Wiedeń (2) - przedświąteczny poncz

Mika to średniego wzrostu brunetka, raczej drobna, z niezwykłymi zdolnościami komunikacyjnymi – płynnie porozumiewa się po angielsku, francusku i niemiecku. Można z nią rozmawiać merytorycznie o sprawach zawodowych, ale też uciąć miłą pogawędkę i dowcipkować. Gdy spotykamy ją od razu gasi w nas nadzieję na interesujący spacer po Wiedniu.

Za 1 ½ godz. musimy być już w hotelu. To za mało czasu na zwiedzanie – mówi.

Na 20 minut wchodzimy jedynie do katedry św. Stefana. Przed obejściem jej wnętrz z Krystianem pobożnie się żegnamy, bo przecież to kościół a nie muzeum. „Tu w czasie Adwentu 1830 r. 20.letni Chopin przeżywał zwrotny moment swojego życia – zmagał się z wiadomością o wybuchu Powstania Listopadowego i postanowił pozostać na emigracji” – ta myśl prowokuje mnie, by szukać jakiś śladów obecności polskiej emigracji. Nic jednak nie udaje mi się wypatrzeć.

Po wyjściu Mika pyta nas, czy nabyliśmy już upominki świąteczne i prowadzi nas do pobliskiego sklepu z galanterią. Oglądamy dostępny do kupienia asortyment, ale do tego się ograniczamy – ceny są bowiem zaporowe, zwłaszcza dla polskich kieszeni. Mika rozważa nabycie dwustronnego, tkanego (ręcznie?) krawata za 200 euro. W tej sprawie dzwoni na Węgry i przed dobrą chwilę sprawdza, czy w rękach ma odpowiedni produkt, po czym kupuje go wprawiając mnie w zdumienie. „Nigdy bym nie dał tyle pieniędzy za krawat, nawet tkany i dwustronny– myślę. Z drugiej strony trudno głośno nie przyznać, że ten wyrób galanteryjny naprawdę jest przedni.

Mamy niedużo czasu, ale w sam raz, by wypić szklaneczkę dobrego, świątecznego ponczu. Tu podają znakomity poncz z owocami – rekomenduje Mika i zaciąga nas do sympatycznego baru winnego opodal.

Kelnerzy podają nam specyfik, który rzeczywiście wart jest pochwały – niemały kubek wypełnia, pół na pół, poncz i kawałki owoców. Prawdziwy rarytas. Przy wesołych pogaduszkach szybko mija pół godziny, gdy odkrywamy, że trzeba pospiesznie opuszczać lokal i pędzić do hotelu, bo ok. godz. 19.00 mamy tam być gotowi do wyjścia. Wyraźnie czuję, że 3 kubki ponczu zrobiły swoje. Krystian chyba też to czuje, ale uśmiecha się szeroko. Ja także robię dobrą minę. „Aleśmy popłynęli” – szepcę mu do ucha po wyjściu na ulicę. „Nie przesadzaj” – odpowiada mi pełen szczęścia Krystian.

*       *       *

Różnie się ludzie zachowują po spożyciu – jedni dostają werwy i się ciskają, a drudzy przeciwnie: cichną i usuwają się z widoku. Należę raczej do tych drugich. Dlatego do naturalnych odruchów dodałem postanowienie, że podczas spotkania w ratuszu wiedeńskim nie będę się produkował. Tym bardziej, że gdy tam dotarliśmy gospodarze postanowili zrobić nam niespodziankę i przed wejściem do ratusza, dla rozgrzewki, zafundowali nam po kubku świątecznego ponczu, z samym kubkiem jako pamiątką. To dodatkowo zepchnęło mnie do defensywy. Jednak podczas spotkania stosunkowo szybko udało mi z niej wydobyć. Po dwóch kwadransach, gdy goście zdążyli wypić średnio po kubku ponczu i kieliszku wina, straciłem kompleksy – wszyscy byli już uśmiechnięci, otwarci i wylewni.

Byłem uczestnikiem niezobowiązującego wstępu do części merytorycznej, zaplanowanej na następny dzień. Towarzystwo było przyjemne, atmosfera jak przy świątecznym stole, wnętrza ratusza szacowne, a poczęstunek składał się z dań reprezentujących kuchnię wiedeńską – z kremu dyniowego (kürbissuppe), ze sznycla (dawno już nie miałem w ustach tak smakowicie przyrządzonej cielęciny – kalbsschnitzel), a na deser strudla jabłkowa (apfelstrudel) oblana czekoladą. Do tego oczywiście wino riesling, które kelnerzy nalewali stosownie do potrzeb. Gdzieś kwadrans przed godz. 22.00, gdy towarzystwo grupkami zaczęło się ewakuować z ratusza, namówiłem Krystiana na powrót do hotelu spacerem. Ten przekonał Mikę, a w trójkę przekonaliśmy jeszcze parę innych osób. Namówić dali się sympatyczni Rumuni – Viola i Radu. Część z nagabywanych osób uznała pomysł za niedorzeczny i nie dostrzegła w nim kuszącej alternatywy dla możliwości przejazdu podstawionym autokarem.

Było zimno – z 5 stopni mrozu. Późnym wieczorem opustoszały Wiedeń nabrał jeszcze większego uroku. Szliśmy do hotelu ze 3 kwadranse dowcipkując i z dystansem wymieniając uwagi dotyczące programu dnia następnego.

*       *       *

Nie sposób odmówić sobie przyjemności wypadu na miasto podczas przerwy. Znów przez pół godziny spacerowaliśmy razem z Miką i Rumunami. Towarzyszyliśmy jej w poszukiwaniu prezentów. W jednym ze sklepów Mika zainteresowała się lekkimi butami, przymierzyła je i pytającym wzrokiem spojrzała na nas.

To buty Bentley’a do sypialni – odpowiedział tłumaczącym tonem Krystian.

Mika parsknęła głośnym śmiechem i przez dobre 5 minut nie mogła się opanować. Krystian również się uśmiechał, a ja nie bardzo wiedziałem co zaszło, ale też się śmiałem patrząc na towarzyszy. Rumuni zaś byli zgorszeni cenami.

Po wyjściu ze sklepu postanowiliśmy się rozdzielić po tym jak Mika grzecznie wyznała, że musi się skupić i poszukać sama, bo czasu jest niewiele, a przy naszej asystencji nic nie zdoła znaleźć. Wkrótce grupka rozeszła się więc w trzech kierunkach – Mika, Rumuni i my.

Wiedeń jest rzeczywiście drogi – może szczególnie w szczycie handlowym przed Bożym Narodzeniem?

piątek, 30 listopada 2012
Moskwa (1) - okiem i sercem

Wyjazd do Moskwy. Mój kolega odrzucił tę propozycję. Znając go i jego sympatie polityczne domyśliłem się dlaczego kategorycznie się zaparł. We mnie nie ma fobi, ani paraliżujących antypatii. Dlatego zaakceptowałem zlecenie.

Rosja nie jest w UE. Wyjazd do Moskwy wymaga dopełnienia formalności – trzeba się ubezpieczyć, odwiedzić konsulat, złożyć tam zeznania dotyczące celu i czasu wyjazdu, wypełnić kwestionariusz, wyrobić sobie wizę, wnieść opłaty. Ponadto rosyjski partner zaprasza, ale i wymaga. Trzeba mu przesłać skan dowodu osobistego. Wyobrażam sobie, że ludziom o słabych nerwach i podejrzliwie nastawionych w kierunku wschodnim w tym momencie zapala się czerwona lampka alarmowa i nie pójdą ani kroku dalej. Inaczej jest ze mną – wysyłam nie skan ale zdjęcie dowodu. Największy opór wobec wyjazdu wynika z… listopadowej aury i podobnego samopoczucia. Nie bardzo się chce. Tym bardziej, że w Moskwie inaczej się rozmawia niż w innych miastach Europy. Nie jestem jednak skostniałym rutyniarzem – inność mnie nie przeraża. Wprost przeciwnie. Ponadto krzepi mnie, że symbolem Moskwy jest św. Jerzy, pogromca dręczącego ludzi smoka.

Do Moskwy leci się ok. 2 godzin, ale różnica czasu wynosi aż 4 godziny. W efekcie start z Okęcia jest przed południem, a po dotarciu na Szeremietiewo już się zmierzcha. Niedobrze, chyba trafiłem na czas popołudniowych korków. Ledwie taksówka wyjechała z opłotków lotniska i już musiała się zatrzymać – cztery pasy drogi w stronę centrum Moskwy totalnie zakorkowane. To nieprawdopodobne jak młody taksówkarz radzi sobie w korku – jedzie ryzykownie, wpycha się zmuszając innych by zrezygnowali z obtarcia lakieru i przepuścili go. I tak nie miałby szansy szybko przemierzyć ok. 30 km dzielących lotnisko od centrum miasta, gdyby jechał głównymi drogami. Na szczęście zna skróty – przez tereny przemysłowe, przez poboczne uliczki i wertepy. Dzięki temu w 50 minut dociera do centrum. Widok korka na ul. Twerskiej zapiera dech w piersiach – 4 pasy ulicy wyjazdowej z centrum są zatkane. Samochody stoją lub poruszają się w żółwim tempie, okryte poświatą z kurzu i spalin. Po godzinie jazdy docieram do hotelu Carlton – Ritz. Tak Rosjanie goszczą swoich zagranicznych partnerów – z pompą, w wypasionym pięciogwiazdkowym hotelu, kilkaset metrów od Placu Czerwonego.

Do pierwszego wieczornego spotkania jest jeszcze trochę czasu. Postanawiam przyjrzeć się atrakcjom hotelu. Najpierw jadę do drink baru znajdującego się na dachu. Można stamtąd wyjść na taras i spojrzeć na Plac Czerwony i Moskwę z góry. Jestem zaskoczony, że w promieniu 10 km od centrum stoi mnóstwo dymiących kominów. Potem się dowiem, że Moskwa nie jest mistrzynią ekologii – w ogóle nie ma jeszcze pojęcia ma czym polega „miasto przyjazne środowisku”.

 

Wpadam do sauny i na pływalnię, które mieszczą się na poziomie – 1. Wieczorne spotkanie jest pełne uprzejmości i serdeczności gospodarzy. Goście przyjechali z różnych stron – nie tylko z krajów europejskich. W moim odczuciu są ujęci rosyjską gościną. Nim jutro przejdziemy do spraw merytorycznych dziś poznajemy się i bratamy przy stole. Alosza, młody, nie więcej niż trzydziestoletni człowiek, ale o bardzo dojrzałym spojrzeniu na świat (o czym się miałem przekonać) jeszcze parę lat temu pracował jako dziennikarz. Dziś para się Pi–aRem. Ledwie go poznałem, a już rozmawiam z nim jak ze starym znajomym. Interesuje się Polską, pyta kto dziś jest spadkobiercą Solidarności. W 2010 r. z okazji 30–tej rocznicy strajków na polskim Wybrzeżu brał udział w wycieczce zagranicznych dziennikarzy po Polsce. Był w Krakowie, Warszawie i Trójmieście, miał okazję spotkać się z Lechem Wałęsą, Tadeuszem Mazowieckim i Władysławem Bartoszewskim. Odpowiadam mu, że to są właśnie spadkobiercy Solidarności. Po krótkiej rozmowie o współczesnej Polsce zapytuję Aloszę o współczesną Rosję. Trochę obawiam się, czy podejmie wyzwanie otwartej pogawędki o rosyjskiej transformacji – o wyjściu z okresu sowietyzmu. Jestem zaskoczony szczerymi i nieskrępowanymi ocenami jakie wygłasza, ale swoje opinie przekazuje tylko mnie, a nie szerszemu audytorium – rozmawiamy tylko we dwóch.

Rozstanie ze Związkiem Radzieckim było dla Rosjan bardzo traumatycznym doświadczeniem. W pierwszej połowie lat 90–tych ubiegłego wieku stracili wszystko co mieli i co dotychczas uznawali za niewzruszony fundament państwa. Wszystkie idee i „świętości” sowieckie naraz się zdezaktualizowały, a ludzie potracili oszczędności całego życia i to nie jeden raz. Przejście do kapitalizmu było wstrząsem, skokiem do głębokiego morza, dziką prywatyzacją, rewolucją w kierunku przeciwnym do październikowej. Wtedy bolszewicy po trupach wszystko zawłaszczyli. Teraz to co dotychczas stanowiło własność sowiecką padło łupem aparatczyków i ich zauszników. Jak grzyby po deszczu pojawiali się miliarderzy i milionerzy z majątkami wykrojonymi z zasobów radzieckiego państwa, a Rosja z sowieckiego supermocarstwa nagle stała się krajem zapyziałym i spadła do rangi krajów trzeciego świata – mówi z pasją Alosza, a ja jestem zdumiony tak dogłębną, szczerą oceną.

 

A więc w Rosji miejsce sowietyzmu zajął „państwowy kapitalizm”?

Tak mówią o ustroju Rosji na Zachodzie, ale bez głębszej znajomości rzeczy. To nie jest żadna „sterowana demokracja”, ale dyktat współczesnego cara i jego podwładnych oraz gangsterski kapitalizm. Całe wieki naszej historii pokazują, że taka była i jest dusza rosyjska – potrzebuje ojca–cara. Demokracja ma ponoć nie pasować do Rosji. Jest poczucie i lęk, że demokracja to chaos. Tak współczesny car i jego urzędnicy uzasadniają swoją rację bytu – ich autorytarne rządy mają być lepszą opcją niż demokracja. Z tego m.in. względu odszedłem z dziennikarstwa. Z moimi poglądami nie było tam dla mnie miejsca. Rosyjskie państwo paraliżuje opozycję i niezależne autorytety. Ci, którzy – jak ja – mają swoje zdanie są bici, a nawet zabijani w biały dzień. Przewidując, że tak mogę skończyć odszedłem z dziennikarstwa i ukryłem się w korporacji – wyznał Alosza, a ja zapragnąłem przejść się z nim po Moskwie i posłuchać go.


Podczas pobytu w Moskwie będzie czas, by po niej pochodzić. Pytam Aloszę, czy nie pospacerowałby ze mną. Zgadza się.

Zagranicą Rosja kojarzy się z państwem, które rości sobie pretensje do tego, by być światowym imperium. I trudno się dziwić, bo rzeczywiście wykorzystuje swoje bogate zasoby ropy i gazu, by zastraszać swoich sąsiadów i zmuszać ich do posłuszeństwa. Jednak w oficjalnej polityce trudno cudzoziemcom odnaleźć prawdziwą rosyjską duszę. O wiele lepszą okazją jest takie spotkanie jak nasze, gdzie sprawy merytoryczne celowo przeplecione są możliwością swobodnego poznania i skosztowania Moskwy – dodaje Alosza. Jest zaskakująco wygadany, wylewny i szczery

***     ***     ***

W pierwszej, samodzielnej wyprawie skierowałem się na Plac Czerwony i do fantazyjnej cerkwi Wasyla Błogosławionego – kompleksu ośmiu cerkwi, czyli czterech większych i czterech małych, z których każda uwieńczona jest cebulastą kopułą w innym kolorze. Obiekt ma być przywrócony do użytku, a póki co trwa renowacja, co nie przeszkadza zwiedzaniu.

 

Cerkiew w Rosji zawsze była ściśle powiązana z władzą carską i stanowiła jej podporę. Dlatego w czasie rewolucji październikowej bolszewicy wieszali popów jako pierwszych, burzyli cerkwie lub zamieniali je w magazyny, czy więzienia. Po upadku sowietyzmu prawosławie wróciło do łask nowej władzy. Jego losy uosabia ogromna cerkiew Chrystusa Zbawiciela, znajdująca się nieopodal Placu Czerwonego. Obecnie to chyba jedna z najbardziej monumentalnych cerkwi na świecie. Bolszewicy wysadzili ją w powietrze, ale potrzebowali do tego aż dwóch eksplozji – tak była duża i solidnie zbudowana. Na jej gruzach zbudowano basen pływacki „Moskwa”. Po upadku komunizmu nowa władza podjęła decyzję o odbudowie w tym miejscu cerkwi, co zabrało aż 10 lat. Prace skończono na jubileusz narodzin Chrystusa w roku 2000. W tej cerkwi celebrowane są – z udziałem najwyższych przedstawicieli władzy państwowej – główne święta prawosławia. I dlatego właśnie tu dziewczyny z anarchistycznej formacji Pussy Riot urządziły sobie antyputinowskie przedstawienie, którego echa wciąż odbijają się po świecie .

 

Zapytałem Aloszę co sądzi na temat apelu o pojednanie Rosjan prawosławnych z katolikami w Polsce, podpisanym latem 2012 r. przez najwyższych przedstawicieli obu wspólnot religijnych. Dowiedziałem się, że katastrofa lotnicza w Smoleńsku i film Andrzeja Wajdy „Katyń” otworzyły Rosjanom oczy na zbrodnię bolszewików na polskich oficerach w 1940 r. Inicjatywa apelu, z jaką wystąpił Cyryl – patriarcha Moskwy jest wyrazem dążenia do rozgrzeszenia i pojednania. Niewykluczone, że jest to też tworzenie przedpola do budowy ściślejszej współpracy politycznej i gospodarczej między Rosją i Polską.

Moskwa (2) - rozmowy w drodze

Wizyta w Moskwie dała mi okazję do kilku spacerów po mieście, z Aloszą i bez niego. Miasto ze względu na swoją gigantomanię potwierdza pretensje do bycia stolicą imperium – monumentalne budynki (np. 7 tzw. „sióstr Stalina”, czyli zbudowanych w czasach radzieckich 7 wysokościowców w stylu warszawskiego Pałacu Kultury, nazywanych „katedrami komunizmu”), postsowieckie oszklone wieżowce i betonowe olbrzymy, drapacze chmur, wielopasmowe ulice, a na nich pełno dużych samochodów SUV–ów. Również Rosjanie wyglądają mi – w subiektywnym odbiorze – na super ludzi ze swoimi szerokimi szczękami i twarzami zwieńczonymi futrzanymi czapkami, wydobywający z siebie tubalny i donośny głos. To ciekawe i wymowne, że w spożywczaku w centrum miasta jest półka z napisem „Souvenirs” (pamiątki), a tam same spirytualia. Moja koleżanka, specjalistka od marketingu zrezygnowała z pracy w Rosji ze względu „na zbyt słabą wątrobę” – w Rosji wciąż, jak za czasów komuny, dużo i przy różnych okazjach się pije.

 

Dumne władze postradzieckie to przejęły z poprzedniego systemu, że chcą ocalić i dalej rozwijać miasto w duchu stolicy imperium. Przy parkingu na obrzeżu Placu Czerwonego przy ul. Moskworieckiej postawiono olbrzymią reklamę zewnętrzną o długości ze 300–400 m i wysokości 5–6 m. Pokazuje jakie wspaniałości w ciągu minionych kilkunastu lat zbudowano w Moskwie. Plakat sugeruje, że dzieło będzie kontynuowane.

Na ulicach pełno ludzi z Azji i z południa, którzy wyraźnie odróżniają się od tubylców. Gdy pochodziliśmy sobie z Aloszą po domie towarowym GUM (choć to końcówka listopada sklepy już są wystrojone na Święta i karnawał), leżącym przy Placu Czerwonym naprzeciw mauzoleum Lenina zapytałem: Dlaczego wszyscy sprzedawcy to Azjaci?

– Moskwa to największe miasto w tej części świata, które ma ponad 16 mln mieszkańców. Co roku ciągną do niego na zarobek dziesiątki tysięcy Mongołów, Chińczyków, Sybiraków i przedstawicieli nacji sąsiadujących z Rosją. Z roku na rok coraz więcej jest tu cudzoziemców. Przykładem jest GUM – niemal wszyscy jego pracownicy to cudzoziemcy. Jednocześnie rosyjska rodzina znajduje się w głębokim kryzysie, a sierocińce są przepełnione i niejednokrotnie przypominają obozy dla uchodźców. Jeśli władze nie zmienią tego trendu to za sto lat rdzenni Rosjanie staną się mniejszością w swoim kraju – tłumaczył z goryczą w głosie Alosza.

 

W ostatnich latach także w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. Rząd w obawie o przyszłość kraju chce wydłużyć urlopy macierzyńskie. Czy kryzys rodziny w Rosji polega na zbyt małej liczbie urodzin?

– To tylko mała część problemu. Wśród Rosjan utrwala się nastawienie na związek z kochanką, czy kochankami, a nie z żonami. To dlatego Rosjankom bardzo trudno jest znaleźć mężów – mężczyzn gotowych żyć z nimi razem, na dobre i na złe. Rodzi się wiele nieślubnych dzieci, z których niemała część trafia do sierocińców, gdzie są chowane w strasznych warunkach. Rosjanki zaś zaludniają międzynarodowe portale randkowo – matrymonialne, szukają mężów zagranicą, zwłaszcza w bogatych krajach Europy, czy w USA. Nie brakuje też cynicznych dziewczyn, które chcą sobie zabezpieczyć przyszłość przez związek z możnymi, bogatymi kochankami. Wystarczy wejść do moskiewskich restauracji, a zwłaszcza modnych barów sushi – tam bez trudu zidentyfikujesz dziewczyny czekające na „nowego Rosjanina”, człowieka z powiązaniami i pieniędzmi, który lato spędza na Riwierze, a zimę w Alpach. Z drugiej strony oznaką nowobogackiego Rosjanina jest związek z kochanką. Kto tylko się dorobi zaraz przychodzi do tego rodzaju miejsc schadzki, by wybrać sobie nałożnicę, nawet gdy aktualnie jest mężem i ojcem – opowiada Alosza.

Z GUMu wyszliśmy na Plac Czerwony. Jestem zaskoczony widząc, że przed Mauzoleum Lenina największą „świętością” radziecką ustawiono sztuczne lodowisko z przebojami muzyki pop, tymczasową pijalnię gorącej czekolady i ogromną choinkę, ustrojoną i uwieńczoną czerwoną gwiazdą.

Czym wobec tego dla współczesnych Rosjan jest to „sanktuarium” wodza rewolucji i sam Lenin? Dowiaduję się, że nikt Lenina nie ruguje – wciąż wszędzie można spotkać, ma w Rosji tysiące pomników. Jednak ludzie, zwłaszcza młodzi coraz mniej wiedzą kim był i dlaczego wszędzie spotykają jego podobiznę. Rośnie poczucie, że coś z tą pamiątką sowietyzmu trzeba zrobić. Co? Nieoficjalne wieści głoszą, że władza chce wypromować Lenina na jakąś super markę współczesnej Rosji i na niej zarabiać. Dla mnie brzmi to buńczucznie, nieprawdopodobnie i dość absurdalnie. Czy ten pomysł nie jest podobny do radzieckiego zamiaru zawracania biegu rzeki?

To miejsce kojarzy mi się z podniosłymi uroczystościami sowieckimi, w trakcie których demonstrowano potęgę Armii Czerwonej – żołnierzy, uzbrojenie, siłę militarną, przed którą świat drżał. Teraz królują tu komercja i pop kultura – mówię.

 

– Armia Czerwona i jej potęga to już historia, po której dziś pozostały uciążliwe dla Rosji relikty – odpowiada natychmiast Alosza. Kiedyś przemysł zbrojeniowy był motorem sowieckiej gospodarki, a setki tysięcy żołnierzy i oficerów to byli pierwsi obywatele ZSRR. Dziś już nie. Przeciwnie – żyją w niepewności jutra. Tym bardziej, że armia ze swoim wyszkoleniem, uzbrojeniem i technologią odstaje od standardów armii państw NATO. Dysponuje sprzętem coraz bardziej niesprawnym, rdzewiejącym, czasami wprost muzealnym. Dawny arsenał nuklearny, np. łodzie atomowe, są dziś źródłem trudnego do wymierzenia ryzyka i niebezpieczeństwa. Natomiast na produktach przemysłu zbrojeniowego Rosja wciąż zarabia, bo legalnie i nielegalnie handluje bronią na całym świecie. W ten sposób pracuje sobie na opinię kraju zaopatrującego różnego typu rebeliantów i terrorystów – to wszystko Alosza mówi ze smutkiem. Jest prawdziwie przejęty, że jego kraj tak wygląda, a nie inaczej – lepiej.

– Wprawdzie władze centralne zapowiadają nowe, olbrzymie inwestycje w rozwój nowoczesnych technologii wojskowych i dozbrojenie armii, która znów stanie się głównym orężem Rosji, ale są to mrzonki. Władza co pewien czas serwuje ludziom obietnice bez pokrycia, np. że w ciągu 10 lat w Rosji odbuduje się tysiące cerkwi. Brzmi to dobrze, ale jest i nieprawdopodobnie. Dla mnie to już jest przewidywalny rytuał – przyznaje Alosza.

Wychodząc z Placu Czerwonego spotykamy sobowtóry Lenina stojącego ręka w rękę z ostatnim carem Mikołajem II trzymającym flagę Rosji. Za pozowanie do zdjęcia z jedną z tych postaci trzeba zapłacić równowartość ok. 10-15 zł.

 

Pod murami kremlowskimi trwa pełzająca kontrrewolucja. Moskwianie mają już dość pochowanych tam dygnitarzy i zbrodniarzy sowieckich ze Stalinem i Dzierżyńskim na czele. Pojawiają się żądania, by wyrzucić ich z tego miejsca. Póki co jeszcze tam leżą. Jednak parę lat temu postawiono tu pomnikową mogiłę żołnierzy radzieckich poległych na frontach „wielkiej wojnie ojczyźnianej” (1941–1945). Być może jest to pierwszy krok do eksmisji szczątków siepaczy, których miejsce zajmą ich ofiary – w pewnym sensie są też nimi sołdaci. 

 ***     ***     ***

Dużo pozytywnych wrażeń dostarczyła mi wędrówka po Arbacie, czyli mini dzielnicy na zachód od Kremla. Można tam było zobaczyć Moskwę, która budzi sympatię. Przez Arbat wiedzie deptak, a przy nim mnóstwo sklepików, galerii, barów i pubów. Na deptaku muzykanci wygrywający melodie (na gitarze, harmonii, czy mandolinie) pełne tęsknoty, dowcipu, czy rewolucyjnego żaru, śpiewacy, artyści wystawiający swoje obrazy, rzeźby i innego rodzaju rękodzieła. Właśnie chciałem zakupić jakąś pamiątkę z Moskwy i cieszyłem się, że trafiłem na Arbat. Zdecydowałem się na nieduże malowidło na szkle. Do zakupu zachęcał mnie artysta, który w niedużej galerii częstuje zainteresowanych blinami – moskiewskim przysmakiem. Widząc zainteresowanie zszedł z oficjalnej ceny jaką początkowo zażądał za swoje dzieło, a do blinów ze skraweczkami i kiszonymi ogórkami dorzucił gratisowo setkę wódki. Nie znam się na alkoholach, ale to musiał być samogon; sporo miał procentów, bo w głowie mi się nieźle zaszumiało.

Chodząc po Arbacie i spoglądając na mapę odkryłem koncentryczną strukturę zabudowy miejskiej Moskwy – sercem i ścisłym centrum tego miasta jest Kreml i Plac Czerwony, skupiające najważniejsze instytucje miasta i całej Rosji. Stąd wychodzą promieniście we wszystkie strony najważniejsze ulice (prospekty). Moskiewskie dzielnice układają się są ćwierć okręgami wokół centrum. Już sam porządek urbanistyczny oddaje centralistyczny ustrój Rosji, dawniej z carem, z I sekretarzem KC KPZR, a dziś z duetem prezydent – premier na czele. Potem podzieliłem się swoimi wrażeniami z Aloszą.

Arbat to od kilku wieków jedna z najmodniejszych dzielnic Moskwy i siedlisko artystów. Podobnie jak całe miasto tak i Arbat nie raz leżał w gruzach, by znów dźwigać się do życia. Gdy jesienią 1812 r. wojska Napoleona wkraczały do Moskwy władze carskie wycofały się z miasta z zapasami żywności i nakazały spalić miasto. Spłonęła większa część Moskwy. Odbudowa trwała dziesiątki lat. Rewolucja bolszewicka łączyła się z ponownym zniszczeniem – na Arbacie zburzono zabytkowe cerkwie i kapliczki. Rewolucja i 70 lat komunizmu nadały Moskwie i Arbatowi nowy kształt. Od 20 lat, krok po kroku etap sowiecki, choć wciąż żywy, przechodzi do historii i jest wypierany przez nowe budynki, nowe projekty architektoniczne, nową sztukę. Na Arbacie najłatwiej się o tym przekonać, że w sumie jest to pozytywna przemiana – mówił Alosza.

środa, 31 października 2012
Budapeszt (1) - ciało i duch

Druga połowa października to dobry moment na wizytę w Budapeszcie – taki wniosek nasunął mi się po powrocie z trzydniowej eskapady do stolicy Węgier. Dlaczego? Bo klimat tego miasta i jego mieszkańców współgra z jesienią, czyli czasem nieco melancholijnym, w którym dni są coraz krótsze i stopniowo chłodniejsze, z rana ale i wieczorem pojawia się mgła, przyroda nasyca się żółcią i czerwienią więdnących liści, a pełne życia i emocji lato jest już tylko wspomnieniem. A Budapeszt choć zrobił na mnie duże wrażenie to zarazem pozostawił poczucie, że to co imponujące w tym mieście jest dziedzictwem po przeszłości. Teraźniejszość jest natomiast krucha i zdominowana przez niepewność…

 

Budapeszt to unia dwóch historycznie odrębnych miast – Budy i Pesztu, które zostały połączone w całość dopiero pod koniec XIX w. Na pierwszy spacer po centrum Pesztu, gdzie byłem zakwaterowany, wyruszyłem po południu. Od razu zauroczyły mnie tutejsze kamienice. Dlaczego? Bo ich odpowiedniki w Warszawie i w innych polskich miastach są jakieś liche, małe, a budapeszteńskie zbudowano z większym rozmachem. Nie chodzi o jeden czy drugi budynek, ale o okazałość całej zabudowy miejskiej. Kamienice liczę tu 6–7 kondygnacji. Są naprawdę solidne. Zaraz przyszła mi na myśl o sile tutejszego mieszczaństwa, bo przecież to ono i jej kapitał musiały być źródłami powstania tego imponującego miasta. Do kontekstu znakomicie komponuje się katedra św. Stefana, bo jest to wzór katedry, czyli siedziby biskupa i matki lokalnych kościołów.

Monumentalne wieże po bokach, wyniosła kopuła nad katedrę, ogromne wnętrze, które może pomieścić tysiące wiernych – w takiej świątyni wiara w Boga nabiera skrzydeł, by ją wielkodusznie wyznawać i zarazem oswobodzić z nalotów małostkowości. Ze względu na to, że to jeden z wyższych budynków w mieście można za opłatą wejść na kopułę i z góry spojrzeć na miasto. Widok dużego, europejskiego miasta rozlokowanego na wzgórzach przy wstędze Dunaju robi duże wrażenie.

Nie tak daleko od katedry (20–30 minut spokojnego spaceru), blisko od granicy przedwojennego getta, mieści się równie monumentalna synagoga. Podobnie jak warszawscy, tak i budapeszteńscy Żydzi zostali zmiażdżeni w czasie II wojny światowej (1939–1945). W większości zginęli w obozie koncentracyjnym Auschwitz – Birkenau. Jednak nie pozostawili po sobie pustki, jak na warszawskim Muranowie, gdzie zostały po nich tylko gruzy i wspomnienia. Te ostatnie otrzymają wkrótce miejsce do ich kultywowania w wykańczanym obecnie Muzeum Żydów Polskich. Póki co warszawscy Żydzi pozostawili po sobie jedynie ślady, a w Budapeszcie dzielnica żydowska wciąż żyje. Skupia ponoć jedną z najliczniejszych w Europie środkowej miejską społeczność Żydów. Oczywiście w przytłaczającej większości są to ludzie w pełni zasymilowani i nie ma już czegoś takiego jak getto. Jednak klimat odmienności czuje się od razu – koszerne restauracje, bożnice, puby z klezmerską muzyką, tu i ówdzie ortodoksyjni Żydzi w hałatach (czarnych płaszczach) i z pejsami.

 

Wymowne jest to, że centralna synagoga jest strzeżona. Zainteresowany jej zwiedzeniem musi więc zmierzyć się z bacznym spojrzeniem ochroniarzy, przejść przez system kontroli (bramka do wykrywania metali) i liczyć się z rewizją osobistą. Za synagogą na ogrodzonym podwórku znajduje się pomnik pomordowanych w czasie Holokaustu – wierzba płacząca z metalowymi gałązkami i listkami, na których wypisano nazwiska poległych. Gdy podmuchy wiatru poruszają liście drzewko wydobywa z siebie smętną melodię, przypominającą bezładne uderzenia w cymbałki. Otoczenie i dźwięki z drzewka prowokują do zadumy nad zagładą Żydów.

 

Już miałem zakończyć spacer, gdy spotkałem Toma. Ów z pozoru prostolinijny i skromny, a w istocie niezwykle przedsiębiorczy, młody człowiek o szerokich horyzontach, pełen śmiałych pomysłów i zamierzeń szedł właśnie do term, czyli publicznych łaźni.

Jeśli chcesz poczuć klimat tego miasta to koniecznie musisz odwiedzić termy. Od wieków Budapeszt słynie z miejskich basenów z wodą geotermalną, mającą dobry wpływ na organizm. Czerpie ją z głębin w ponad stu ujęciach – przekonywał mnie.

Chciałem trochę odpocząć przed wieczornym spotkaniem na zamku – odpowiedziałem.

Odpocząć? Do tego termy świetnie się nadają. Lepiej się tam zrelaksujesz niż w trakcie półgodzinnej drzemki, a przy okazji zobaczysz część największego kompleksu SPA w całej Europie, które mieści się w środku dużego miasta – nie dawał za wygraną.

Przekonałeś mnie. Idziemy! – odparłem.

Piętnaście minut potem podziwiałem już jedną z wielu budapeszteńskich łaźni. W niczym nie przypominała podobnych obiektów, w jakich dotąd dane mi było odwiedzić. Woda, owszem pachnie głębinami ziemi i daje poczucie leczniczego zdroju, ale otoczenie… przyciąga uwagę i zarazem nie pozwala cieszyć się kąpielą. Człowiek znajduje się bowiem w przestronnych, zabytkowych wnętrzach, które prowokują wzrok do nieustannego rozglądania się wkoło. Wrażenie jest takie, jakby się było jednocześnie na basenie i w muzeum.

Termy w Budapeszcie są starożytne. Pierwsze łaźnie zbudowali tu już przedchrześcijańscy Celtowie. Ich dzieło przejęli potem i kontynuowali Rzymianie – tłumaczył Tom.

Choć pierwszych budowniczych term dzieli od nas ponad 2 tys. lat termy pełne są mozaik i posągów rodem jakby ze starożytnego Rzymu.

Na wieczorne spotkanie na zamku królewskim w Budzie (leży po drugiej stronie Dunaju) jechałem pod wrażeniem miasta jakie zobaczyłem podczas spaceru i wizyty w łaźni miejskiej. Rozmowa z tubylcami zaburzyła mi je. Spotkanie, obok części oficjalnej, dawało możliwość prowadzenia rozmów kuluarowych. Jego częścią składową była też krótka przechadzka po lochach, której towarzyszyły opowieści o historii Węgier – trudnej, naznaczonej całymi wiekami niewoli, klęskami militarnymi. Właściwie większa część minionego tysiąclecia upłynęła Węgrom w niewoli lub w warunkach względnej wolności i zależności od silniejszych sąsiadów (Turków, Austrii, sowietów).

W tych lochach więzieni byli i umierali powstańcy, którzy w 1848 r. pod wodzą Lajosa Koszuta walczyli o niepodległość Węgier – mówiła przewodniczka.

Monumentalna zabudowa Budapesztu jest dziełem okresu Austro – Węgier, a inwestycje wspierał kapitał niemiecki. Ach to tak…

Zawierucha dziejowa, przez jaką w minionych stuleciach przeszli Węgrzy pozostawiła po sobie ślady. Ten naród chce wolności, ale ma kłopoty z jej zagospodarowaniem – tak podsumował wędrówkę historyczną po lochach zamkowych Tom. Skąd ja znam taką charakterystykę narodową?

Budapeszt (2) - żyjący i zmarli

Ze świata zachodniego, a także z przeszłości Polski znane są przykłady wartości, jakie do historii i kultury danego kraju wnoszą wielokulturowość i wieloetniczność. Na Węgrzech, które przez wieki były pod obcą dominacją, zaborami, pozbawione praw narodowych lub z ograniczonymi prawami do głosu łatwiej dochodzi orientacja narodowa. Reprezentuje dążenie do zbudowania Wielkich Węgier. Wyraża się w niej pragnienie wolności narodowej. Z drugiej strony często daje w niej o sobie znać niechęć i niecierpliwość wobec obcych. Ta tendencja przybrała na sile jesienią 2006 r. Wtedy właśnie lider partii postkomunistycznej i zarazem premier Węgier na tajnym spotkaniu przyznał, że wprowadzał opinię publiczną w błąd co do kondycji węgierskiej gospodarki i siły forinta. Od tego czasu Węgry pogrążyły się w kryzysie, który trwa tam do dziś. Na ulicach Budapesztu nie brakuje osób wyciągających ręce o pomoc.

 

Od dwóch lat większość konstytucyjną na Węgrzech mają stronnictwa konserwatywne i narodowe. Mówi się o prawicowym przechyle. Obecna władza nie ma lekko – nie cieszy się sympatią Zachodu, ale i o nią nie zabiega, próbuje przełamać impas gospodarczy i finansowy, ale na razie nic z tego nie wynika. Zdaniem Gabora, którego poznałem poprzedniego dnia, zdecydowana większość Węgrów prowadzi co dzień ciągłą walkę o zdobycie środków do życia i na zapewnienie sobie bytu w podstawowym wymiarze. Czyżby ogół węgierskiego społeczeństwa żył na krawędzi ubóstwa? Trudno w to uwierzyć, ale na ulicach rzeczywiście nie brakuje młodzieży, która próbuje zarobić trochę pieniędzy, np. uprawiając breakdance.

 

Gdyby tak nie rozmawiać z tubylcami tylko chodzić po Budapeszcie to z samych twarzy, z zabudowy miejskiej nie sposób wyczytać, że było trudno i wciąż nie jest Węgrom lekko. Miasto jest świetnie położone – na malowniczych wzgórzach, przy brzegach Dunaju, na terenie obfitującym w źródła geotermalne. To te czynniki przesądziły o jego rozwoju. W efekcie Węgry – w sumie nieduży kraj, ma dużą, prawie dwumilionową stolicę, a w niej jeden z największych w Europie budynków parlamentu, liczne zabytki, muzea, galerie, teatry…

 

Spacer po Moście Łańcuchowym i potem wejście na górę zamkową to wspaniała odskocznia od rozważań o bolesnej historii Węgier i ich niełatwej teraźniejszości. Również kuchnia węgierska, jakiej można spróbować w budapeszteńskiej jadłodajni daje dobre świadectwo – z kryzysem i trudnościami się nie kojarzy. A jak daleko jej do polskich odpowiedników. Jest bardziej wysmakowana, doprawiona. Nigdzie w Polsce nie dostałem tak świetnie przyprawionej (przede wszystkim papryką) zupy gulaszowej i zapiekanki łączącej ziemniaki, wołowinę i cebulę. Również trudno u nas kupić dobre węgierskie wino. Za tak przystępną cenę, jaką w Budapeszcie zapłaciłem za jakościowe, oleiste niemal, białe wino z Badacsony, w Polsce dostanę jedynie sikacz. A na zakończenie obiadu Węgrzy oferują jeszcze jedną niespodziankę – kieliszek palinki. Chodzi o wódkę owocową z jabłek, gruszek, moreli, brzoskwiń, czy czereśni – do wyboru. Nie jest to likier, ale specyfik owocowy o procencie zróżnicowanym, stosownie do życzenia klienta – może być 40, 50 a nawet 70 proc.

 

Wbrew doskwierającemu kryzysowi Budapeszt to także miejsce… uciech i hulanek. W centrum co krok można natknąć się na klub. Nie trzeba też czekać do soboty – wystarczy do popołudnia, gdy robi się ciemno. Wtedy z wnętrza klubów wydobywają się dźwięki rytmicznej muzyki i odgłosy zabawy. Gdy tak sobie spacerowałem, znów po uliczkach Pesztu, niedaleko zobaczyłem przed sobą płonące na chodniku znicze. Cóż to za akcja? Ruszyłem w kierunku rozbłyskujących w ciemności światełek. Z odległości kilkunastu metrów dostrzegłem, że lampiony stoją przy i na… trumnie (!) a ta wykonana była z surowego drewna – nie pomalowanego i nie polakierowanego. Widok dość szokujący. Byłem zdezorientowany i przez chwilę zgorszony tym, że ktoś tak lekkomyślnie wystawił na chodnik umrzyka w trumnie. Jednocześnie ten obraz śmierci zmroził mnie i natychmiast wywołał metafizyczną myśl o końcu, przed którym nikt nie ucieknie… Dopiero gdy się zbliżyłem do trumny na odległość parę metrów zrozumiałem co się dzieje – to była niekonwencjonalna wizytówka mieszącego się tuż obok klubu i dziwaczny sposób zaproszenia na zabawę. Wziąłem głębszy oddech. Za zaparowanymi szybami klubu zobaczyłem tłumek młodych ludzi podskakujących w rytm głośnej muzyki. Śmieli się, coś pokrzykiwali do siebie, a ich oblicza świeciły się od potu. Ale huśtawka nastrojów! Po kolei wstrząsnęły mną biegunowo odmienne uczucia – najpierw metafizyczny dreszcz na widok śmierci, a zaraz potem kontakt ze zmysłowym szałem zabawy.

 

Niedaleko od klubu natknąłem się na kościół, a przy nim katakumby. To jest coś co  warto byłoby upowszechnić w Polsce. Katakumby zamiast cmentarzy zagarniających nowe tereny w miastach i poza nimi. Przed kościołem było zejście w dół do podziemi, a tam korytarze. Ściany katakumb składają się się z tablic (8–10 tablic od podstawy do sufitu), za którymi kryją się urny z prochami lub trumny. W centrum katakumb umieszczony był ołtarz i niewielkie prezbiterium. Modlitwa w takim miejscu z pewnością daje poczucie więzi i bliskości z tymi co odeszli. O wiele bardziej, niż na cmentarzu” – pomyślałem.

piątek, 28 września 2012
Bratislava (1) - sprawa euro

Gdy świeci słońce to jeszcze można się poczuć jak w lato. Im bardziej przesuwamy się na południe tym ten efekt jest wyraźniejszy. Jednak to już jesień, a jeśli idzie ze słońcem to jest złota jesień. Zastanawiające, że Bratysława, stolica Słowacji nie ma stałych połączeń lotniczych z Warszawą. Dotarłem tam przez Wiedeń, oddalony od Bratysławy 50–60 km i skomunikowany z nią autobusowo, busowo i kolejowo.

Tym razem wizyta jest robocza i nie ma możliwości wygospodarowania czasu na samodzielne wędrówki. Trafił się jednak partner, który nie chce ograniczać się do formalności – wolał połączyć zawodową prezentację i rozmowy ze spacerem po Starym Mieście, reprezentatywnej części Bratysławy. W ten sposób uzyskałem możliwość przyjrzeniu się z bliska temu miastu i jego mieszkańcom. Pierwsze wrażenie było takie, że znajduję się w niedużym (ok. 0,5 mln mieszkańców), ale zadbanym, europejskim mieście, które się rozwija. Dowodem na to są świeżo zmodernizowane budynki, place, czy choćby kamienica, która nim zostanie wyremontowana służy tymczasowo za przykuwającą uwagę ekspozycję twórczości artystycznej.

 

Temat „przyjęcia euro” jest wciąż ważny dla Słowacji, ale i dla jej sąsiadów. Samorzutnie stał się pierwszym tematem w rozmowie. Euro wprowadzono tam przed 2009 r., przed kryzysem wywołanym upadkiem Lehman Brothers. W efekcie, gdy globalny kryzys finansowy wybuchł i waluty krajów sąsiadujących ze Słowacją zaczęły gwałtownie tracić na wartości pojawił się pogląd, w myśl któregona Słowacji jest drogo”.

Siła nabywcza złotego, forinta, czy korony czeskiej zmniejszyła się w stosunku do euro. Dlatego, choć realnie rzecz biorąc ceny na Słowacji nie wzrosły, a nawet poleciały nieco w dół się to nasza turystyka zanotowała skokowe zmniejszenie się napływu turystów – tłumaczył mi gospodarz i przyznał, że przyjęcie euro ustabilizowało sytuację finansową Słowacji.

Od przyjęcia euro nie ma spekulacji walutą słowacką, nie ma nagłych zmian wartości jej kursu, a przedsiębiorcy importujący i eksportujący już zapomnieli o tzw. ryzyku kursowym. Mają dziś większy komfort działania, niż Polacy – mówił.

W sumie więc operacja przejścia na euro zasługuje na pochwałę, ale pod warunkiem, że patrzy się na nią kategoriami makroekonomicznymi. Z mikroekonomicznej perspektywy małych słowackich przedsiębiorców cała ta zmiana wyglądała inaczej – gorzej, bo wiązała się z silnym osłabieniem koniunktury. A jak jest teraz? Najgorzej było w latach 2009 i 2010. Teraz jest już lepiej.

Słowacja to ciekawy i stosunkowo niedrogi kraj, który przyciąga nie tylko narciarzy w zimie, ale i amatorów gór, kąpieli w wodach geotermalnych, czy coraz lepszej agroturystyki – przekonuje mnie mój przewodnik.

Tak, niewątpliwie. Jeśli Starówka w Bratysławie jest Słowacją w miniaturze to jest to ciekawy, przyjemny kraj.

 

Gdy wchodzimy do jadłodajni nastaję, by spróbować czegoś lokalnego. Dobrze zrobione bryndzowe haluszki (ziemniaczane kluski z bryndzą) ze skwarkami i śmietaną, a do tego duży kufel piwa (koniecznie musi to być Złoty Bażant, czyli wiodąca w Słowacji marka piwna) to jest posiłek, który postawi na nogi najbardziej strudzonego turystę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18