RSS
czwartek, 05 stycznia 2012
Poranne przejścia

Wczoraj rano doszło do małej scysji. Tak dobrze mi się spało, że ½ godz. zaspałem. Zofia, która szykuje dzieci do wyjścia też zaspała. Jednak pół godz. po wstaniu zasygnalizowała mi, że dzieci mogą wyjść 20 minut przed godz. 8. Oznaczało to, że dotarcie do przedszkola na czas jest możliwe. Dla mnie nie było to możliwe. Byłem spóźniony. Chyba, że ruszyłbym z domu z mokrą głową i na czczo… Stanęło więc, że dajemy dzieciom śniadanie sami i odwożę je do przedszkola na 8.30. Wiadomo, że kto się spóźni z dziećmi i przyjdzie po godz. 8 musi czekać do 8.30, aż dzieci zjedzą śniadanie, a nadzorujące je panie będą miały więcej swobody. Gdy dzieci siadają do stołu trzeba je pilnować i panie nie mają możliwości biegania pod odbiór spóźnialskich.

Dziś zerwałem się z łóżka o czasie. W tempie szykowałem się do wyjścia, ale dzieci wciąż były „w proszku” na 10 minut przed startem z domu. Czy zdążymy, czy też – tak jak wczoraj – dostawiamy dzieci do przedszkola na 8.30? – to pytanie było jak kubek zimnej wody na głowę. Zofia natychmiast przyspieszyła. W efekcie na kilka minut przed 7.40 dzieci już były gotowe do wyjścia, ale ja nagle znalazłem się w czasowym potrzasku. Nie wystarczyło mi założyć buty i kurtkę. Musiałem jeszcze zabrać ze sobą comiesięczną daninę przedszkolną w postaci dwóch paczek mokrych chusteczek, dwóch paczek suchych chusteczek i dwóch ręczników papierowych na jedno dziecko. Skompletowanie pakunku z chusteczkami zabrało mi parę cennych minut i spowodowało, że o przekroczyłem czas wyjścia ustalony na 7.40. Gdy wybiegłem z domu dzieci już czekały na mnie przy windzie.

Podczas zjazdu do garażu odkryłem, że nie wziąłem ze sobą kluczy do samochodu. Zatrzęsłem się ze zdenerwowania, a poziom adrenaliny podskoczył mi od razu. Nie wysiadając z windy natychmiast ruszyliśmy z poziomu –1 do góry, z powrotem do domu. Jednak drzwi były zamknięte, a nasze pukania i dzwonienie pozostawały bez odzewu. Znów adrenalina mi podskoczyła. Co się dzieje? Gdy nie wiedziałem już, czy kląć, czy płakać pojawiła się Zofia. Okazało się, że zorientowała się iż nie wziąłem kluczy do samochodu i próbowała zbiec po schodach, by w garażu mi je dostarczyć…

Gdy w końcu zapakowałem dzieci do samochodu zauważyłem, że jeśli zdążymy to na styk. Zamieszanie przy starcie z domu zburzyło nasz spokój – mój i dzieci. Dla odprężenia postanowiłem więc porozmawiać z nimi o początku nowego roku. 10 minut wspólnej refleksji nad tym co przed nami w 2012 r. w drodze do przedszkola pomogło. Gdyśmy kończyli naszą krótką podróż wydawało się, że jesteśmy odprężeni a  nastroje już są lepsze. Jednak normalności, komfortu nie było.

Ciśnienie ponownie poszło w górę – po wydobyciu się z auta pobiegliśmy do przedszkola. O 7.59 zameldowaliśmy się przed drzwiami. Po wejściu miast zabrać się do rozbierania dzieci musiałem odbić karty Heli i Jureczka w czytniku nowo wdrożonego systemu do rejestracji przyjścia i wyjścia poszczególnych dzieci. Hela ma grupę na parterze. Ją przebrałem jako pierwszą. Jednak ta przyzwyczajona, że mamy kilkuminutowy zapas i wspólnie odprowadzamy Jureczka na pierwsze piętro, nie chciała iść do grupy. Znów lekko podskoczyła mi adrenalina. Na szczęście pani z grupy „Biedronki”, która zagarniała z przebieralni ostatnie dzieci przyszła mi na odsiecz i razem uporaliśmy się z zadaniem zaprowadzenia Heli na śniadanie.

Tymczasem pozostawione na boku młodsze dziecko znalazło się w opresji. Wokół Jureczka kręciły się trzy mamy zaniepokojone, że nikt się nim nie zajmuje i czy przypadkiem ktoś nie zostawił tego małego dziecka nie dopełniwszy swoich obowiązków rodzicielskich. Chyba już były bliskie wszczęcia alarmu, gdy zbliżyłem się do Jureczka a on wskoczył mi na kolana i w ten sposób udaremnił alarm. Kobiety spojrzały na mnie wymownie, a ja spojrzałem na zegar – była godz. 8.03. Czy uda mi się wcisnąć Jureczka do grupy na śniadanie, skoro teoretycznie drzwi już powinny być zamknięte aż do godz. 8.30? Migiem pomknęliśmy po schodach na pierwsze piętro.

Właśnie do grupy Jureczka wchodziły ostatnia dwójka lekko spóźnionych dzieci. Pani kątem oka dostrzegła, że wchodzę i w locie przebieram chłopca, ale zamknęła drzwi. Za chwilę – była 8.05. – zadzwoniłem na grupę. Jureczek był gotowy. – Bądź dzielny mój chłopcze! – ucałowałem go, a on się uśmiechnął. Za chwilę pani Małgosia (jedna z najbardziej lubianych przedszkolanek) otworzyła drzwi. Uff! – odetchnąłem z ulgą. Jednak Jureczek miast wejść do środka gwałtownie zawrócił do mnie, wybuchł płaczem i rzucił mi się na ręce…

To chyba dziecięca reakcja na poranne stresy – pomyślałem ze współczuciem dla malca. – Trzeba wychodzić wcześniej z domu! – postanowiłem. Przez dwie minuty uspokajaliśmy Jureczka po czym wszedł na śniadanie.

Nim drzwi zamknięto zapowiedziałem, że wrócę za 5 minut z daniną chusteczek – nie sposób było wykonać tych zadań jednocześnie (odprowadzić dzieci i dostarczyć paczek z chusteczkami). Pani Małgosia zgodziła się, że je przyjmie w trakcie śniadania. Wyszedłem na zewnątrz i wziąłem głębszy oddech. Mimo, że to początek roku powietrze było wiosenne i usłyszałem głosy ptaków, jakby to był marzec.

Parę minut potem znów byłem w przedszkolu z torbą pełną chusteczek. Gdy na górze wręczałem je pani Małgosia zagadnęła: „Jurek już dawno tak nie reagował. Rozpłakał się przy wejściu, a jak się uspokoił zamiast podejść do stołu i coś zjeść rzucił się na misia. To taka duża zabawka, która odgrywa rolę leżanki. Jak się źle czuje to się rzuca na nią i sobie leży. Proszę spojrzeć”. Postąpiłem krok naprzód i przez uchylone drzwi zobaczyłem w sali nogi Jureczka leżącego na misiu. Serce mi się ścisnęło.

– Spieszyliśmy się dziś do przedszkola i przeżyliśmy parę stresów – wytłumaczyłem. 

wtorek, 11 października 2011
Impresje wyborcy

To co napiszę o ostatnich wyborach jest odzwierciedleniem moich subiektywnych odczuć.

Przez ostatnie tygodnie przed wyborami nie czułem, że trwa kampania. Dotychczas, przy poprzednich wyborach było inaczej. Dyskusje i polemiki polityków jakoś na mnie oddziaływały, budziły refleksję, prowokowały do analiz w celu sprecyzowania własnego punktu widzenia, emocjonowały. Teraz było inaczej – tak, jakby decyzje już zapadły i nadchodzące wybory nie mogły już tego zmienić.

Dopiero pod koniec kampanii, gdy sondaże pokazywały, że PO i PiS idą łeb w łeb, gdy Krzysztof Jackowski, najbardziej znany polski jasnowidz zapowiedział, że wygra PiS i Jarosław Kaczyński, a jeden ze znanych komentatorów stwierdził, że „w tej kampanii Platforma nic nie robi”, trochę się zacząłem przejmować. W związku z tym częściej zacząłem zaglądać do TV i słuchać, co jest nadawane w radiu. Szybko przekonałem się, że w przekazach kandydatów do parlamentu i komitetów wyborczych nie ma nic szczególnie nowego. Trudno więc było mi uwierzyć, że oto Polska stoi przed gruntowną zmianą władz i nowym rozdziałem swojej historii. Nawet pomyślałem sobie, że albo ze mną jest coś nie tak, albo rzeczywiście na żadną rewolucję się nie zanosi.

Atmosfera w dzień wyborów też nie zwiastowała zmian. Lokal wyborczy zorganizowano tradycyjnie w tej szkole podstawowej, którą kiedyś ukończyłem. Pospieszyłem tam wraz z córeczką, która po raz pierwszy w życiu przekroczyła progi szkoły i okazywała zainteresowanie tym obiektem. Wybory obsługiwali młodzi, sympatyczni ludzie w wieku studenckim, którzy z uśmiechem obserwowali jak niemal zabawiam się głosowaniem pokazując dziecku karty do głosowania, a na nich kratki z których tylko dwie należy zakreślić krzyżykiem – jedną wskazując kandydata do sejmu, a drugą kandydata do senatu.

Wybory skończyły się o godz. 21, ale o tej porze nie czekałem z wypiekami na twarzy przed telewizorem na pierwsze, sondażowe wyniki wyborów. Postanowiłem bowiem zakończyć stary i rozpocząć nowy tydzień wybieganiem na dystansie 12 km. Dystans ten przemierzyłem w czasie 58 minut i 7 sekund. Wyniki wyborów nie zaskoczyły mnie. Oznaczają kontynuację, a tego zasadniczo się spodziewałem. Jedyną nowością jest pozycja Ruchu Palikowa, który 9 października 2011 r. został wybrany trzecią siłą polskiego parlamentu. Jeden z komentatorów określił jego przywódcę zastanawiającym, ale i pełnym treści określeniem „to jest zsekularyzowany Rydzyk”.

Po raz pierwszy od 1989 r. po wyborach nie jestem wściekła, ani też rozentuzjazmowana. W głowie nie pojawiają się myśli, jak nieraz w przeszłości, by pryskać stąd za granicę, ani oczekiwanie, że oto przed Polską dobre lata. I jest mi z tym dobrze – przyznała nazajutrz po wyborach jedna z koleżanek w pracy. Ze swojej strony powiedziałem, że wyjęła mi z ust to, co sam chciałem powiedzieć. 

 

piątek, 16 września 2011
Rezygnują (na razie) z maratonu

Gdy Adamek dostawał baty od Kliczki biegałem. Chciałem w ten pozazmysłowy sposób, własnym wysiłkiem go wesprzeć. Gdy przyspieszałem, czy rzucałem się na podbiegi wyobrażałem sobie, że Adamek jest dla przeciwnika nieuchwytny, tańczy przed Kliczką i od czasu do czasu dosięga go niespodziewaną serią ciosów.

Jednak czułem się nie najlepiej, bo była to bardzo późna już pora. Była to jakby negatywna odpowiedź na moje pozazmysłowe wsparcie. Na trasę wychodziła lekka mgła i – co najgorsze – było cicho… To nie jest dobry znak – myślałem. Tylko momentami słyszałem z okolicy odgłosy kibiców oglądających przed telewizorami walkę o mistrzostwo świata. Tych odgłosów było za mało, by spodziewać się sensacji, czyli co najmniej równorzędnej walki obecnego mistrza świata (Kliczki) i pretendenta (Adamka). Zamierzałem przebyć 25 km, ale po 20 km zszedłem z trasy.

Po rozciągnięciu się i powrocie do domu, pierwsze co zrobiłem to, włączyłem serwis informacyjny. Na pasku powracała złowroga wiadomość – Kliczko pokonał Adamka. 40 sekund przed końcem 10 rundy sędzia przerwał nierówny pojedynek. Potem dowiedziałem się, że to była dobra decyzja, bo Adamek wprawdzie jeszcze stał na nogach, ale już nie wiedział co się z nim dzieje…

Miał ambicje, marzenia, przygotowywał się, ale przeciwnik był lepszy.

Następnego dnia kolejna wstrząsająca wiadomość. 11 września, w niedzielę rozgrywano we Wrocławiu maraton. Pogoda nie dopisała: 30 stopni ciepła i bezchmurne niebo. Ciężko o trudniejsze warunki do długodystansowego biegu. Trzeźwe prognozy wyników na wrocławski maraton trzeba było na starcie weryfikować co najmniej 15 minut w dół.

Tego dnia część ekipy amatorów z naszej firmy, którzy szykują się na maraton warszawski 25 września br., biegła półmaraton w Tarczynie. Wszyscy dobiegli, ale z najwyższym trudem, w mało imponującym czasie i ze wspomnieniemi koszmaru...

We Wrocławiu po 2 godz. i 20 minutach pierwsi dwaj biegacze zbliżali się do mety. Byli to Kenijczycy Vincent Kipchirchir (wygrał bieg z czasem 2:20,20) i Sammy Kimeli Limo, triumfator z 2010 r. Ten drugi na własnej skórze doświadczył w jak morderczych warunkach przyszło mu biec.

200 m przed metą zaczął wyraźnie słabnąć i potykać się o własne nogi, jak człowiek po libacji, który usiłuje biec. Kilkadziesiąt metrów przed końcem zwalił się na ulicę, ale jeszcze na czworaka próbował dowlec się do mety.

Jednak kilka metrów przed upragnioną linią padł z wycieńczenia i nie był już zdolny dalej się poruszać. Nie ukończył biegu, a z trasy zniesiono go na noszach. Najważniejsze, że kilka godzin po udzieleniu mu pomocy o własnych siłach wrócił do swoich rodaków.

*  *  *

Nie wystartuję w tegorocznym maratonie, choć zamierzałem. Decyzja, że pod koniec września w Warszawie wezmę udział w takich zawodach zapadła zbyt późno – na początku lipca. Pierwsze długie wybiegania, powyżej 30 km, miały miejsce dopiero w sierpniu. Były to przykłady BMP – biegów z malejącą prędkością, gdy po 2 godz. czułem jak sztywnieję i miast biec zaczynam człapać. Banan, czy izotonik pomagały, ale na nie wiele. Wniosek oczywisty: jestem jeszcze zbyt słabo wytrenowany na maraton. W obecnej formie nie mam szansy, zgodnie z zamierzeniem, przebyć go poniżej 4 godz. Pewnie bym go sforsował, ale ostatnie kilometry to nie były bieg, ale dość żałosne człapanie – oznaka słabości i niedostatecznego przygotowania… Nie. Wolę jeszcze rok oswajać się z długimi, ponad 3–4 godz., wybieganiami. Wtedy mam szansę jesienią 2012 osiągnąć upragniony wynik, np. 3:50. 

 

czwartek, 04 sierpnia 2011
Życiówka w rocznicę powstania

Jaki lipiec był w tym roku? Lało i lało.Oby tylko nie przyszła jakaś solidniejsza ulewa na tradycyjnie wieczorny XXI Bieg Powstania Warszawskiego” – takie myśli krążą. Niestety z prognoz wynika, że niestety jest to możliwe. Cały dzień pochmurno i popadywał deszczyk. Gdy wychodzę z domu na bieg wciąż popaduje mrzawka.

Na Polonii (start był na Konwiktorskiej przy stadionie Polonii) atmosfera biegu z rekordową liczbą uczestników (4 tys.), festynu i uroczystego wspomnienia wydarzeń sprzed 67. lat. „Jak mocną grupę wystawił bank PKO BP!” – dziwię się mijając kolejnych zawodników z logiem banku. Dopiero po dobrej chwili przychodzi zrozumienie – każda koszulka w pakiecie startowym ma na plecach olbrzymie logo PKO BP. „Bankowi marketingowy nie mają wyczucia. Nachalne narzucanie się publiczności w takich okolicznościach spowoduje, że przy okazji biegu ku czci Powstańców wielu zawodników nabierze trwałej niechęci do PKO BP” – jestem tego niemal pewny.

Rozgrzewka. Właśnie zastanawiam się, gdzie się ustawić do biegu (z przodu, w środku, czy przy końcu), gdy widzę Wojtka Staszewskiego w białych podkolanówkach, który przeskakuje przez płot i wciska się w czoło grupy zawodników szykujących się do startu. Wkrótce potem idę w jego ślady. Minuta ciszy ku czci poległego ostatnio w Afganistanie st. szeregowego Pawła Poświaty. Milczą też bohaterzy Powstania, dziś staruszkowie, którzy chwilę potem pozdrawiają biegnących z wysokości estrady. Nagle wśród zawodników ustawionych w czole biegu zauważam swojego szefa. Chyba i on mnie widzi, ale nie czas na pozdrowienia – dzieli nas 20 m gęstego tłumku.

Najpierw startują zawodnicy na wózkach inwalidzkich. W tym czasie reszta śpiewa Rotę „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…” i zaraz potem rusza. Pierwsze kilkaset metrów to jeszcze przepychanka, potem już bieg wg swoich możliwości. Pogoda idealna – ciepło, lekki wietrzyk i drobniutki deszczyk, zwany tu i ówdzie „kapuśniaczkiem” lub „maseczką parową”. Zawodom towarzyszą wspomnienia – w jednym miejscu są to pieśni powstańczej Warszawy, w innym odgłosy bitwy, strzelaniny i bombardowania, którym towarzyszy gra świateł, w jeszcze innym młodzi ludzie przebrani za powstańców zagrzewają biegnących do wytrwałości.

Na czole biegu dominują zawodnicy wytrenowani, którzy celują w dobry wynik i nie oszczędzają się na trasie. W takim towarzystwie biegnie się ambitniej. Po pierwszym okrążeniu, czyli po pierwszych 5 km spoglądam na pulsometr i widzę, że ukończyłem je w czasie poniżej 23 minut. „Niesamowite! Gdy utrzymam to tempo to na metę wpadnę w 45 minut…” – dziwię się sam sobie.

Na drugim okrążeniu na trasie jest już mniej biegnących. Poruszam się we własnym tempie – mijam jednych i jestem mijany. Po zbiegu z Karowej wyprzedza mnie dziewczyna. Przez 500 m biegnę za nią, potem zwalniam, bo obawiam się, że tak mocne tempo osłabi mój finisz. Kątem oka spoglądam na fontanny, gdzie akurat teraz trwa spektakl wizualno – muzyczny. Na Sanguszkach lekko przyśpieszam na podbiegu i znów widzę 100 m przed sobą plecy ambitnie biegnącej dziewczyny, która mi odskoczyła na Wisłostradzie. Ostatnie 300 m przemierzam na 80 proc. swoich możliwości i nieco podganiam ją. Wpadam na metę i jestem lekko rozczarowany widząc, że zegar wskazuje już 46 minutę. Ostatecznie jestem jednak bardzo zadowolony z wyniku – 46,02, o 2,5 minuty szybciej od mojego szefa. Nieśmiało liczyłem na pobicie życiówki z 2008 r. Tymczasem wyraźnie ją poprawiłem. Dyspozycję miałem niezłą, ale wynik zawdzięczam temu, że ustawiłem się na początku grupy biegnących.

wtorek, 26 lipca 2011
Fundament pod maraton

Doszedłem do wniosku, że trzeba iść za ciosem i spróbować pod koniec września br. przebiec maraton. Już rozpocząłem stosowne przygotowania. Pomocą jest mi włączenie się do firmowej grupy entuzjastów, którzy mają ten sam zamiar, co ja.

Na razie większość ludzi z grupy nie przebiegła jednorazowo nawet 16 km. Czy jesteśmy więc grupą nadambitnych jednostek skazanych na klęskę? Gdybyśmy byli pozostawieni sami sobie to prawdopodobnie tak by się to skończyło. Jednak dowództwo nad nami objął człowiek z doświadczeniem maratońskim i triatlońskim, który nie tylko ukończył kilka maratonów, ale też triatlonów w wersji hard core (najbardziej wymagającej), czyli 3,8 km pływania, 180 km jazdy rowerem i 42 km biegu.

Nasz triatlonista najpierw rozpoznał stopień zaawansowania biegowego każdego z nas i każdemu wyznaczył indywidualny plan treningowy. Zachęca nas do wysiłku i podkreśla, że każdego z nas stać na przebiegnięcie maratonu. Trzeba tylko spokojnie i systematycznie biegać. Niedowierzającym wskazuje, że organizatorzy imprezy dają 6 godz. na przemieszczenie się od startu do mety. To naprawdę wystarczający czas, by ten dystans przemierzyć…

Ostatnio zgromadził nas w lesie na wspólne wybieganie. Nie wiadomo jak i kiedy przebiegliśmy tam razem 15 km. Niektórzy wiedząc, że plan spotkania przewiduje zmierzenie się z takim dystansem przyszykowali się na bój ostateczny. Przybyli z bronią – z bidonikami, z odżywkami, z batonami energetycznymi itd. Jednak żadnej masakry nie było – biegliśmy rekreacyjnie, prawie rozrywkowo. Gawędziliśmy sobie, wymienialiśmy doświadczenia i dowcipy. Po przebiegnięciu 15 km większość była zaskoczona, że to już koniec. Nie zobaczyli, nie odczuli oczekiwanych kosztów przebycia takiego dystansu. Spodziewali się, że będą ledwo dychać, zlani potem i bliscy padnięcia na pysk. A tymczasem – co sami przyznawali – czuli się, jakby przebiegli dopiero 3–5 km…

Co jest? Okazało się, że ochotnicy na maraton popełniają często ten sam błąd. Na indywidualnych treningach ruszają zbyt szybko do przodu. W efekcie przebiegają najwyżej 10–12 km i już czują się mocno zmęczeni, niezdolni biec dalej. A w ich psychice rośnie poczucie niemożności sforsowania 42 km. Albo uważają, że to jest jakieś nadzwyczajne osiągnięcie, skutek katorżniczych treningów i dopust Boży… Tak nie jest.

Kto chce przebiec maraton ten musi oswoić się z dłuższymi, spokojnymi wybieganiami. To jest podstawa. Ale wspaniała lekcja!

 

wtorek, 12 kwietnia 2011
Pierwszy półmaraton (1)

Już od połowy września ubiegłego roku bronchity męczą mnie ze zdumiewającą regularnością. Jakieś 2–3 tygodnie przerwy i problemy z kichaniem, smarkaniem zaczynają się od nowa. 2 tygodnie przed półmaratonem kolejny bronchit właśnie wszedł w fazę schyłkową. Czy w takim stanie można się przygotowywać do półmaratonu i w ogóle myśleć o takim biegu? Postanowiłem pobiec. „Dłużej nie można już zwlekać. Teraz!” – powiedziałem sobie. Ale czy 2 tygodnie przygotowań wystarczy? Musi wystarczyć! – zadecydowałem i zaraz potem wyszedłem na spokojne rozbieganie na dystansie 8 km. Od tego dnia biegałem co drugi dzień. W domu trochę ćwiczyłem z hantlami. Pod koniec pierwszego tygodnia rozbiegania zauważyłem, że wychodzę z zimowego marazmu – trzeci trening przełożył się na poprawę szybkości.

Tydzień po rozpoczęciu treningu była sobota. Mieliśmy gości, którzy przybyli na pierwszą rocznicę urodzin Jureczka. Nim pojechali, nim po przyjęciu posprzątałem była już prawie północ. W takich okolicznościach po raz kolejny wykazałem determinację. „Miałem dziś przebiec treningowo 18–19 km. Wprawdzie późno już, ale nic to” – pomyślałem dziarsko. Wyszedłem z domu. Około godz. 1, po przebiegnięciu zakładanego dystansu, wróciłem do domu. To był jeden z najdłuższych treningów biegowych w moim życiu. „Przebiegnę półmaraton i spokojnie złamię 2 godz. Mam szansę uzyskać czas między 105 i 110 minut” – byłem tego pewny. W tygodniu przed startem ćwiczyłem z hantlami w domu, a na trening wychodziłem 2 razy. Na weekend prognoza pogody przewidywała powrót mrozów… I rzeczywiście w noc przed startem temperatura spadła poniżej zera. Była to noc zmiany czasu z zimowego na letni. Zegarki zostały przyspieszone o godzinę, co oznacza, że sen był o godzinę krótszy. Noc była niespokojna – dzieci harcowały, a mnie w półśnie wydawało się, że już biegnę w tłumie startujących. Mobilizacja i jakby niezdolność do zapadnięcia w głębszy sen powodowały, że nocny odpoczynek był płytki i pełen wrażeń nadchodzącego wysiłku.

Rano na śniadanie makaron. Długodystansowcy tydzień przed startem zajadają przede wszystkim makaron, by nasycić organizm glikogenem, który potem, w czasie biegu jest dla nich źródłem mocy. Bałem się, że przybędę na start za późno, ale przybyłem z półgodzinnym wyprzedzeniem. Po drodze widziałem jak z Muranowa co poniektórzy półmaratończycy truchtem biegli na start.


Pierwszy półmaraton (2)

Było czyste niebo, słońce i zimno – najwyżej 4–5 st. ciepła. Zamiast truchtu rozgrzewałem się spacerując. Patrzyłem w jak różny sposób ludzie przygotowują się do bliskiego startu. Dzień wcześniej na Dużej Krokwi karierę zakończył Adam Małysz, a wśród półmaratończyków krążyła wieść, że Mistrz Skoków po wieczornej imprezie w Zakopanem przyjechał do Warszawy na półmaraton.

10 min przed początkiem otworzono 3 strefy startowe. W mojej, trzeciej strefie panował ogromny ścisk. Nie zdołałem dopchnąć się do pacemakera z balonikami przyczepionymi do koszulki i z tabliczką w ręku, na której widniał napis „1:50”. Dopiero po starcie zdołałem przecisnąć się w jego okolice. Zebrała się przy nim grupka ludzi i biegnąc dyskutowała z nim. Pierwsze 2 km to był bieg w tłumie i deptanie sobie po piętach. Dopiero na Miodowej, przy wybiegu ze Starego Miasta masa biegnących rozrzedziła się. Koło stadionu Polonii, przed wbiegiem na most Gdański był piąty kilometr i pomiar śródczasu. Biegłem przed pacemakerem otoczonym przez grupkę zawodników, gdy wyprzedziła mnie szczupła dziewczyna z długimi włosami upiętymi z tyłu w „ogon”. Biegła o 2 kroki szybciej niż ekipa zmierzająca do mety na czas 1:50. Postanowiłem się jej trzymać. Przy zbiegu z mostu Gdańskiego na praską Wisłostradę mieliśmy już 200 m przewagi nad pacemakerem i grupką, którą prowadził.

Dopiero parę dni po półmaratonie, gdy w internecie pojawiły się zdjęcia, dostępne dla każdego biegacza za opłatą, udało mi się zidentyfikować zawodniczkę, za którą biegłem, jak za pacemakerem, od 5 do około 15, 16 km trasy. Okazało się, że jest to entuzjastka biegów masowych z Mińska Mazowieckiego, notowana w zestawieniach pobiegowych, generalnie w Warszawie – na Bemowie, Ursynowie, Parku Skaryszewskim, Sulejówku, a także taterniczka mająca coś do powiedzenia o Orlej Perci. Biegła lekkim, zwinnym krokiem, wymachując przy tym końskim ogonem to w prawo to w lewo.


Pierwszy półmaraton (3)

Biegło mi się dobrze. Cieszyłem się, że jest chłodno i wieje lekki wiatr. Nie bez znaczenia był też doping muzyczny. Na Pl. Piłsudskiego maratończykom grała orkiestra Policji, przy Sądzie Najwyższym i koło Mostu Trasy WZ po stronie praskiej kilku perkusistów wybijało rytmy, pod Mostem Łazienkowskim cała kapela rockowa grała swoje czady, w tunelu na wysokości Centrum Kopernik chór śpiewał gospel. Ten śpiew niósł się po całym tunelu i naprawdę czułem, że dzięki niemu rosną mi skrzydła, które na ostatnich kilometrach niestety opadły… W końcówce osłabłem i straciłem już wrażliwość na latynoskie rytmy wybijane na Miodowej przez perkusistów.

Na 8 km zrozumiałem różnicę między tym biegiem, a treningami. Teraz poruszałem się po asfalcie, a nie po ścieżkach ziemnych. Biegłem jednostajnym tempem, bez przyspieszeń, co na 13–14 km odczułem jako dyskomfort, który od tej pory mi doskwierał. Biegnąc dalej zapominałem o nim i zmuszałem umysł, by się nie koncentrował na poczuciu tej niedogodności. Gdy jednak patrzę na zdjęcia z biegu widzę, że ta niewygoda maluje się na twarzy, nie tylko mi, ale też innym półmaratończykom. Nigdy jeszcze nie korzystałem z napojów. Teraz ze 3 razy sięgałem po kubek Powerade i za każdym razem wypijałem go jednym haustem. Na 16–17 km nawet chciałem przyspieszyć, ale powstrzymała mnie obawa, że stracę siły i potem przed metą w ogóle ustanę.

Na 16 km zauważyłem, że moja pacemakerka zwalnia. Wyprzedziłem ją, ale zorientowałem się, że nie dotrzyma mi kroku (przybiegła na metę ok. 90 sekund po mnie). Po minięciu 18 km był podbieg ul. Sanguszki pod stadion Polonii. Gdy wreszcie się skończył omal się nie zatrzymałem. Przez 200 m człapałem wolniutko uskuteczniając intensywną wentylację. Potem znów nieco przyspieszyłem, ale na Miodowej tęskniłem już tylko, by zobaczyć metę. Tymczasem z Miodowej trzeba było skręcić w Senatorską i potem w lewo z 500 m biec do Królewskiej pod hotel Viktoria. „Długie dystanse wymagają siły i wytrzymałości. Duże odległości weryfikują ambicje i buńczuczne porywy umysłu” – teraz doświadczałem tego na własnej skórze.


Pierwszy półmaraton (4)

Na ostatnich 300 m wykrzesałem z siebie ostatnie siły i rzuciłem się galopem do mety. Potem ucieszyłem się, że na zdjęciach widać to przyspieszenie. Osiągnąłem równo 1 godz. 47 min., czyli 107 min – zmieściłem się w przed biegowych przewidywaniach.

Oczywiście poczułem ulgę, gdy mogłem się w końcu zatrzymać, ale nie leciałem z nóg. Nie miałem takiej pomroczności w oczach i głowie, jak w sierpniu 2008, gdy ukończyłem 10 km w czasie 48,13. „Od tego czasu nabyłem wprawy i doświadczenia w bieganiu” – pochwaliłem samego siebie. Otrzymałem medal. Nie miałem cierpliwości, by stać w długiej kolejce po ciepły posiłek. Zamiast tego rozmawiałem na Pl. Zamkowym z doświadczonymi biegaczami, którzy przyjechali do stolicy ze Śląska.

Najważniejsze to nie dać się ponieść emocjom na początku, bo kto im ulegnie to potem bardzo cierpi. Trzeba się rozgrzać i biec swoim, równym tempem od początku do końca – radził mi pięćdziesięciolatek, który ponad 3 minuty przybiegł szybciej niż ja.

Dopiero, gdy już nieco ochłonąłem i przebrałem się, ruszyłem na parking. Po drodze patrzyłem jak półmaratończycy jeszcze biegną, m.in. małżeństwo popychając wózek z półrocznym bobasem. Niesamowite widzieć takich entuzjastów. Znużenie, a z drugiej strony poczucie oczyszczenia, jakby człowiek uwolnił się od fizycznych i psychicznych balastów, których może nie był świadomy, ale z nimi rozpoczynał bieg. „Ten stan po półmaratonie ma coś wspólnego z poczuciem, jaki towarzyszy człowiekowi po dniu postu o chlebie i wodzie. Z jednej strony jest znużenie i otępiałość, a z drugiej wyostrzone zmysły. Czy tak jak dzień postu można Bogu złożyć w ofierze także wysiłek półmaratońskiego biegu? Jeśli tak to taka ofiara musi mieć dużą moc, podobnie jak post i modlitwa” – myślałem.

Po drodze do auta zobaczyłem widok, który był w opozycji do mojej uduchowionej refleksji. Oto dobrze zbudowany, młody półmaratończyk przebierał się przy swoim samochodzie. Czynił to tak, jakby tańczył, bądź jakby szykował się na zbliżenie ze swoją lubą, a z wnętrza jego auta płynęły ujmujące rytmy pop piosenek miłości.


wtorek, 01 marca 2011
Wykonawcy muzyki Chopina

Rok Chopinowski kończy się wraz z 201 rocznicą urodzin FCh. W dokumentach parafii w Brochowie, w której został ochrzczony Chopin, jako data jego urodzin figuruje 22 lutego. Jednak sam kompozytor podawał 1 marca jako dzień swoich urodzin. W ten sposób Rok Chopinowski zakończył się tygodniem okolicznościowych koncertów i imprez, a ostatnie akordy zabrzmią dziś.

Niedawno zauważyłem, że Marek w trakcie pracy słucha etiud Chopina. Lekko mnie to zaszokowało, bo do tej pory słuchał przede wszystkim jakichś offowych kapel, nieznanych szerszej publiczności. Okazało się, że płytę z etiudami FCh w wykonaniu rosyjskiego wirtuoza podsunął mu przyjaciel – meloman. Przesłuchałem wraz z nim jedną z etiud.

– Niezłe wykonanie – oceniłem.

– Ja nie wierzę, że oceny pianistów grających Chopina mają jakąś wartość – odrzekł i na potwierdzenie swojej opinii wspomniał kontrowersyjne werdykty jury XVI konkursu chopinowskiego.

– Jurorzy nie sądzą po wyglądzie, czy ogólnej prezencji wykonawców, ale oceniają jakość ich interpretacji utworów Chopina – wziąłem jury w obronę.

– Jak to możliwe, gdy każdy z nich jest dobrze wytrenowany i gra tak jak zapis nutowy nakazuje? Oceny to są subiektywne przywidzenia. Jednemu ten się podoba, drugiemu tamta i nie ma argumentów, by dowieść, kto z nich naprawdę ma rację – upierał się Marek.

*   *   *

W ostatnich dniach przekonałem się, że jednak Marek nie miał racji. W minionym roku ukazała się na rynku kolekcja dzieł Chopina w wykonaniu wybitnych, współczesnych pianistów. Płyty były starannie wydane, zaopatrzone w fachowe komentarze muzyczne i historyczne oraz ilustracje i zdjęcia, a przy tym niedrogie. Nabyłem większą część kolekcji, co pozwoliło mi wsłuchać się w dzieła Chopina, a z drugiej strony poznać jego życie. Ostatnio wpadła mi w ręce mniej ambitna kolekcja dzieł Chopina składająca się z jednej całości – 10 płyt i książeczki stereotypowo omawiającej życiorys kompozytora. Już zamieszczona tam lektura skrótu drogi życiowej Chopina wzbudziła we mnie niesmak. Postanowiłem jednak posłuchać także muzyki. Wybrałem mazurki, bo – jak mówili krytycy podczas XVI konkursu chopinowskiego – są one najlepszym testem, z jakim wykonawcą mamy do czynienia. Wykonawcą był Gabor Csalog, specjalizujący się w muzyce Franciszka Liszta.

Nie jestem znawcą muzyki klasyków, ale w ostatnich miesiącach osłuchałem się z Chopinem, granym przez wybitnych wykonawców i dlatego znów byłem zdegustowany.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16